rodo

WŚ nr 5,6,7/01

Jeszcze niedawno chłód i zimowa szarzyzna uprzykrzały nam życie, a tu już wiosna uderzyła z całą mocą. Ciepłe dni sprzyjają planom wakacyjnym. Zbliża się pora wyjazdów, wycieczek, zwiedzania zabytków kultury polskiej, nierzadko świata.

Wydaje się, że pooddychać przeszłością można najpełniej w starych, przesiąkniętych historią miastach, np.: w Krakowie, Sandomierzu, Gnieźnie itd. Okazuje się, że zabytkowe budowle mamy w zasięgu ręki. Historię zabytków naszego miasta zna prawie każdy śmigielanin, natomiast mało kto wie, że niespełna 10 km od Śmigla, w niewielkiej wsi Stary Białcz znajduje się kościół, którego powstanie datuje się na koniec XVI I w.

Pierwsze wzmianki o osadzie nad Jeziorem Białym (nazwa wsi Białcz) pochodzą z 1311 r. Za wsią, w drodze do Kościana, rozciąga się podmokły, bagnisty teren, zarośnięty trzcinami, który prawdopodobnie, według relacji starszych mieszkańców Białcza, stanowi pozostałość po owym jeziorze.

Właścicielami Białcza byli kiedyś: Białojeziorscy, Skoraczewscy, Gorzyńscy, Czaccy, Gajewscy, Radomiccy, Zakrzewscy, Zbijewscy i ostatni przed I I wojną światową Żółtowscy. Niektórzy z nich odegrali niemałą rolę w historii kościoła parafialnego.

Nie trzeba wybierać się do muzeum, aby popatrzeć na starodruki. Podczas wizyty na plebanii białeckiej miałam możliwość dotknięcia i obejrzenia ksiąg pochodzących z początku XVII I w. a więc liczących prawie dwieście lat. Ujrzały one światło dzienne dzięki ks. Jarosławowi Olejniczakowi, który odnalazł je w 1999 r. podczas porządkowania plebanii. Było to odkrycie iście zaskakujące, gdyż owe księgi to: Rejestra Aktów Stanu Cywilnego Gminy Białęckiej Powiatu Wschowskiego w Departamencjie Poznańskim. Ks. Michał Fudzyński Urzędnik Stanu Cywilnego w Białczu pod Kościanem w powiecie Wschowskim” jak głosi napis na okładce jednej z nich. Ze strony tytułowej dowiadujemy się, że kiedyś ta mała wieś, licząca obecnie około 160 mieszkańców, była gminą, a ksiądz pełnił funkcję urzędnika Stanu Cywilnego. Ząb czasu uszanował księgi, które przechowały się w bardzo dobrym stanie. Pisane są piękną osiemnastowieczną polszczyzną, w niczym nie przypominającą współczesnego języka urzędowego. Za zgodą Kurii Arcybiskupiej w Poznaniu zostaną przekazane do Archiwum Archidiecezjalnego, aby mogły być udostępnione zainteresowanym historią białeckiego kościoła lub do celów naukowych.

Innym cennym dokumentem rzucającym światło na dzieje tego zabytku jest „Metryka Kościoła Parafialnego we wsi Białcz” spisana w roku 1826 przez Wincentego Zbijewskiego, ówczesnego dziedzica Białcza i okolicznych wsi. „Metryka...” to nie tylko źródło historyczne, ale też doskonała lektura dla miłośników staropolszczyzny. Pierwszy rozdział wprowadza nas w najdawniejszą historię:
„Kościół Parafialny w wsi Białczu iest murowany, wspaniały i okazały, ma długość Reńskiej miary łokci pięćdziesiąt ośm, szerokości łokci dwadzieścia i dwa, Parafian dostatecznie obeymujący. W którym roku pierwsze założenie tegoż kościoła było, niewiadomo, bo się Erekcy a tegoż Kościoła nieznayome. Teraźnieyszy zaś Kościół w roku 1696 przez Wgo Franciszka Gaiewskiego Kasztellanica Rogozi ńskiego wsi Białcza Dziedzica i Kościoła Kollatora od fundamentów wystawiony.”

Na uwagę zasługuje też fakt, że w Starym Białczu urodził się Ignacy Zakrzewski, stronnik reform na Sejmie Czteroletnim w 1972 r., wybrany prezydentem Warszawy.

Ostatnim proboszczem parafii przed I I wojną światową był ks. Kłoś. Nie wykonywano już wtedy większych prac remontowych, zatem kościół niszczał i istniała obawa, że nie zabezpieczony popadnie w ruinę. Pożar wieży kościelnej w latach trzydziestych znacznie pogłębił zły stan budynku. Wojna niekorzystnie, by nie powiedzieć katastrofalnie, wpłynęła na stan tego zabytku. Niemcy wykorzystali budynek na magazyn opon samolotowych lub samochodowych (tu są podzielone zdania). Na plebanii osiedlił się Niemiec, który przejął majątek kościelny: okoliczne pola i las. Msze odbywały się po kryjomu w cmentarnej kaplicy, a odprawiał je ukrywający się w okolicy ks. Kazimierz Łabiński. (z relacji mieszkanki Białcza).

„Po I I wojnie światowej kościół był bardzo zniszczony, popękany, zabrudzony i stanowiło wielki problem, jak go zabezpieczyć przed upadkiem, gdy parafia liczyła wówczas 850 dusz” – podaje kronika parafialna.

Pierwszym proboszczem po wojnie był ks. Milan Kwiatkowski, który na miarę możliwości swoich i parafian, zabezpieczył kościół metalowymi prętami, chroniącymi go przed dalszymi pęknięciami. Następcy ks. Kwiatkowskiego niewiele zrobili już dla tego zabytku.

Po latach stagnacji rządy na plebanii w 1971 r. objął ks. Bernard Kus, który wspomina w kronice: „Zastałem kościół w wielkiej dewastacji. Należało założyć brakujące szyby w oknach – do kościoła dostawały się w godzinach wieczornych sowy. Dach od strony południowej wymagał przełożenia, rynien wzdłuż kościoła nie było, rysy na wylot. Plebania również była w stanie opłakanym, otoczenie zachwaszczone, cuchnący staw, wiele krzewów i zarośli dziko rosnących.” Ks. Kus rozpoczął trwający wiele miesięcy remont, który przyniósł ciekawe odkrycia wzbogacające wiedzę o historii kościoła. Nie było wiadomo dokładnie, kiedy odnowiono budynek ostatnio. Ta nieświadomość nie trwała długo. Otóż podczas oględzin chrzcielnicy został odkryty następujący napis:
„Kościół ten odnowiony w 1901 r. My tu pracujący zapewne do przyszłego odnowienia w grobach spoczywać będziemy, przeto jeżeli tak, to prosimy Cię lub Was, którzy ten kościół malować będziecie, zmówcie za nas choć jedno Zdrowaś Maryja. Podpisy: (własnoręczne) Antoni Majewski, Cezar Jakubowski, Wincenty Koska, Wacław Przybyszewski, Wacław Rychter, Paweł Zimmer, Ignacy Skowroński.” Zatem po 72 latach zabytek doczekał się odnowy. Napis na chrzcielnicy to nie jedyne odkrycie. Na bocznych ołtarzach pod warstwą tynku znajdowały się malowidła pochodzące z XVII I w.

Ile tajemnic kryje jeszcze białecki kościół? Czas pokaże. To niewątpliwie zabytek wielkiej klasy, w którym zgromadzone są dzieła sztuki datujące się na wieki od XVI I do początków XX (część z nich przechowywana jest na plebanii). Są to zabytki nie tylko o charakterze sakralnym, ale też obrazy przedstawiające postacie świeckie, np. wspomnianego już wcześniej fundatora murowanego kościoła Franciszka Gajewskiego (obraz został odnowiony w 1999 r.) oraz damy i szlachcica, których tożsamość nie została rozszyfrowana.

Nad zachrystią znajduje się pomieszczenie – skarbiec, w którym ze względu na bezpieczeństwo nie przechowuje się żadnych cennych przedmiotów.

Utrudnieniem w utrzymaniu tego pięknego kościoła w dobrym stanie był na pewno brak pieniędzy, gdyż parafia jest bardzo mała, ludzie niezamożni, kościół duży, a więc i wielkie potrzeby. Należy zatem docenić zaangażowanie i wytrwałość wcześniej wspomnianych proboszczy w dążeniu do tego, aby białecki kościół pozostał nadal jednym z najświetniejszych zabytków naszego regionu.

Na szczególną uwagę zasługują organy wykonane w 1866 r. w Leingensten (mechaniczne, dwunastogłosowe). Są w bardzo złym stanie. Jeden manuał udało się odnowić w 1997 r., ale kapitalny remont wymagałby ogromnych nakładów finansowych, przekraczających możliwości parafian i proboszcza. Budynek plebanii wybudowany w I I poł. XVII I w. był przez lata traktowany po macoszemu. Dziś, dzięki ks. Jarosławowi Olejniczakowi, ma nowy dach i pięknie odnowione wnętrze. Obejście kościoła jest schludne, zadbane, wzbogacone o kamienną Grotę Maryjną. Widać rękę dobrego gospodarza i ofiarność parafian. Ks. proboszcz jest człowiekiem operatywnym, pełnym energii, przede wszystkim otwartym na potrzeby ludzi, o których wypowiada się ciepło i z szacunkiem. Mimo, iż od objęcia rządów na białeckiej plebanii minęło dopiero półtora roku, wydaje się być głęboko osadzony w realiach wsi i rozumieć potrzeby tych często zagubionych w niedostatku ludzi. Skrupulatnie i systematycznie prowadzona przez proboszcza kronika parafialna stanowi cenne źródło informacji o aktualnych wydarzeniach w parafii. Nie sposób napisać wszystkiego o dziejach tego zabytkowego kościoła , ale mam nadzieję, że krótki rys historyczny, który przedstawiłam na łamach naszego czasopisma, zainspiruje wielu do wnikliwego zagłębienia się w historię zabytków naszej „małej ojczyzny”. W okolicach Śmigla mamy wiele ciekawych miejsc, które kryją w sobie jakieś tajemnice, maja ciekawa historię. Okres wakacji sprzyja na pewno ich zwiedzaniu. Wyjeżdżam z Białcza z pewnym niedosytem. Znam już historię kościoła i wsi, ale nie znam ludzi, którzy tworzą jej klimat. Ulice są puste, tylko gdzieniegdzie kobiety pracują w przydomowych ogródkach. Mimo słonecznej pogody nie widzę bawiących się dzieci. Mówi się, że młodzi ludzie uciekają z takich miejsc w poszukiwaniu pracy, nadziei na lepsze jutro. Jest to jedna z tych popegeerowskich wsi, o których nie najlepiej się mówi, a moralność mieszkańców nisko ocenia. Może uda mi się obalić ten mit?

 

Późne lato. Już po wakacjach. Jadę do Starego Białcza na nie umówione spotkanie z mieszkańcami. Chcę ich poznać, zobaczyć jak żyją, jakie mają marzenia i sprawdzić czy mit o „upadłych” ludziach w popegeerowskich wsiach dotyczy również Białcza.

Na wizytę wybrałam piątkowe popołudnie. Rozpoczyna się weekend, a więc czas odpoczynku, biesiad, spotkań towarzyskich. Powitała mnie cisza i pustka. Wieś sprawiała wrażenie wyludnionej. Pierwsze kroki skierowałam do sklepu.

Na półkach podstawowe produkty: cukier, mąka, sól, chleb, słodycze, lodówka z nabiałem. Na stojaku z gazetami widniał jeden tytuł: ”Panorama Leszczyńska” (o „Witrynie Śmigielskiej” sprzedawczyni nie słyszała). Sklep wymaga remontu, ale niewielki utarg starcza właścicielce zaledwie na skromne życie. Podczas rozmowy zwierza się: - Mieszkałam kiedyś w Poznaniu. 10 lat temu sprowadziłam się z powrotem do rodzinnej wsi, przejęłam sklep i dziś chyba żałuję tego kroku. W dużym mieście inna perspektywa dla dzieci, po prostu żyje się tam inaczej... Naprzeciwko „spółdzielni” (tak nazywają sklep najstarsi mieszkańcy) stoi szkoła, która przestała funkcjonować 23 lata temu. Dziś mieszka w niej emerytowana nauczycielka nazywana jeszcze niekiedy „naszą panią”. Szkoła była swego czasu centrum kultury wsi. Zawsze coś się tam działo. Teatrzyk szkolny dawał przedstawienia dla wszystkich mieszkańców z okazji różnych świąt. Wieczorami na boisku spotykała się młodzież, która potrafiła się doskonale bawić tańcząc, śpiewając, organizując przejażdżki wozami konnymi.- Wtedy młodzi ludzie mieli ciekawe pomysły na spędzanie wolnego czasu, a dziś zbierają się przed sklepem i operują bogatym, niecenzuralnym słownictwem. Niekiedy nawet małe dzieci potrafią „elegancko” się wyrazić, mimo iż nie zgłębiły jeszcze wszystkich tajników posługiwania się polszczyzną – mówi oburzony mężczyzna.

Około godziny 1700 wieś zaczyna się ożywiać. Przed sklepem spotykam białecką młodzież, która na moje „dzień dobry” odpowiada wulgarnymi dowcipami. Po pierwszych popisach zaczynają ze mną rozmawiać, chętnie mówią o sobie, swoich planach na przyszłość. Nikt z nich nie zakończył edukacji na szkole podstawowej. Kontynuują naukę najczęściej w szkołach zawodowych, rzadziej w technikach czy liceach. Marzą o wyjeździe z Białcza, bo wieś jest smutna i nic się tu nie dzieje. Spotykają się przed sklepem lub w budce przystanku autobusowego, skąd są przeganiani. Zimą nie prowadzą raczej życia towarzyskiego. Wolny czas spędzają najczęściej przed telewizorem, sobotnie wieczory na dyskotece w Kamieńcu. Dlaczego tam? – Bo jest najdogodniejszy dojazd, chociaż czasem z Kościana trzeba wracać piechotą – mówią. W teatrze żadne z nich nigdy nie było, ale przecież ...- Teatr jest nudny – stwierdzają zgodnie. Czasem w szkole organizowane są wypady do kina. Ci młodzi ludzie mają swoje marzenia, jedni bardziej ambitne, drudzy dotyczące codziennej egzystencji, ale sprawiają wrażenie, że wiedzą, czego chcą.

Mieszkańcy Białcza, zagadnięci, chętnie rozmawiają. Stoją przy płocie, siedzą na przydomowych ławeczkach, popijają piwo. Są przyjaźnie nastawieni do „obcej” i wydają się być zadowoleni, że ktoś się nimi interesuje. Na moje pytanie o spożycie alkoholu, właścicielka sklepu odpowiedziała, że na co dzień rzadko sprzedaje piwo czy wino. Najczęściej kupują w piątki i soboty. Dlaczego tak? Wyjaśniła mi to jedna z mieszkanek wsi. – W ciągu tygodnia nie ma czasu na picie alkoholu, bo każdy ma jakieś zajęcie. Nikt tu nie próżnuje, nie ma w naszej wsi ludzi, którzy nic nie robią. Kto młody, stara się jak może, aby dorobić u gospodarza w sąsiednich wsiach. Nieliczni mają stałą pracę, ale jeśli ktoś jest bezrobotny, zawsze ma gdzie zarobić trochę grosza.- Jest to wieś spokojna, nie ma chuligaństwa. Młodzież czasem pobroi, ale co mają robić w sobotnie popołudnia, kiedy nie mają nawet gdzie się spotykać? – twierdzi starszy pan. Jedynym miejscem, które nadawałoby się na takie spotkania jest stara świetlica mieszcząca się w zabytkowym budynku. Zniszczona, nie nadaje się do użytku. Udostępniana jest w okresie zimowym dzieciom, które oczekują na szkolny autobus. Białczanie ubolewają nad tym, że jedynym miejscem, w którym kiedyś mogły odbywać się wesela, komunie i inne uroczystości, nikt się nie zajmuje, a budynek popada w coraz większą ruinę. Żałują, że nie mają już swojej świetlicy. Rzadkością są już spotkania sąsiadów na przydomowych ławeczkach po skończonej pracy. – Tak jest proszę pani, bo ludzie sobie zazdroszczą. Chyba tej biedy... – dodaje moja rozmówczyni.

Sołtysem w Białczu jest pan Walter, który mieszka w tej wiosce od urodzenia, jak jego dziadek i ojciec. Może dlatego cieszy się takim zaufaniem, gdyż rządy swoje sprawuje już trzecią kadencję. Z mieszkańcami wsi znajduje wspólny język. – Bywają różnice zdań, ale chyba to normalne. Lubię Białcz, odpowiada mi spokój i cisza. Łatwiej na wsi wychować dzieci. Jeśli wychodzą z domu, to wiadomo w jakim towarzystwie przebywają. Na pytanie jak układają się stosunki z gminą, sołtys odpowiada: - Wszystko trzeba wychodzić, ale takie czasy. Mamy od niedawna nowy chodnik, znaki drogowe i skrzynki pocztowe. Myślimy o zieleni. Mieszkańcy Białcza potwierdzają, że ludzie młodzi starają się ułożyć życie poza rodzinną wsią, wiedzą, że tutaj żyje się trudno. Jeśli ktoś nie ma własnego samochodu, jest skazany na autobus, który kursuje na trasie Kościan – Śmigiel dwa razy dziennie. Stary Białcz to wieś ludzi starszych, którzy znaleźli już swoje miejsce na ziemi. Żyją najczęściej skromnie, swoimi radościami i smutkami.

Wyjeżdżam z Białcza, gdy jest już prawie ciemno. Wtedy to życie wsi zamiera. Na ulicy robi się pusto i ... smutno. Przejeżdżający samochód o tej porze jest już rzadkością.

Jeden z mieszkańców powiedział mi: - Proszę pani, w niepogodę, a szczególnie zimą jest tu taka cisza, która ogłusza, a czasem przeraża.

Spóźniony przechodzień żegna mnie słowami – Niech pani o nas napisze, ale dobrze.

 

Agata Kulus

 

Dziękuję ks. proboszczowi J. Olejniczakowi za udostępnienie materiałów wykorzystanych w artykule.

00

 

01

 

03  04

 

05

 

06

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       projekt i wykonanie: primel.pl