rodo

Rozpoczynamy cykl poświęcony „Rzezi Wołyńskiej” z 1943 roku. Publikować będziemy wspomnienia świadków tych tragicznych wydarzeń, którzy mieszkają dziś w gminie Śmigiel. Na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej znajdowało się 1145 polskich wsi i osiedli. Podczas metodycznej eksterminacji dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich zamordowano 50-60 tysięcy Polaków. Na Wołyniu ocalało zaledwie 90 polskich wsi i osiedli. Doszczętnie zniszczono ponad tysiąc. Wśród świadków tamtych wydarzeń był obecny mieszkaniec gminy Śmigiel, pan Franciszek Lisowski. 

Urodził się w lipcu 1938 roku w Lulówce, województwie wołyńskim. Jego rodzina żyła w spokoju i w zgodzie z sąsiadami. Nikt nigdy nie słyszał o waśniach, czy zatargach z miejscowymi Ukraińcami, których w Lulówce nie było zbyt wielu. Samo wydarzenie wspomina tak: Nasza codzienność w Lulówce przed lipcem 1943 r. była zwykła i typowa. Rodzice wraz z pomocą prowadzili gospodarstwo - siali, sadzili i zbierali zboża, len, ziemniaki, buraki pastewne, utrzymywali inwentarz. Pamiętam, że było kilka krów, trochę świń, trzy konie, owce i drób. Ja miałem króliki i osobiście je doglądałem. Babcia Leontyna zajmowała się dziećmi, czyli mną i bratem Eugeniuszem. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego, mimo dochodzących w pierwszej połowie 1943 roku i do Lulówki informacji o zagrożeniu ze strony ukraińskich nacjonalistów, nie było jakichś wspólnych działań, by temu się przeciwstawić. Jest bowiem faktem, że mieszkańcy niemal całkowicie polskiej Lulówki, leżącej na skraju kompleksów leśnych dających schronienie i doskonałą bazę wypadową dla ukraińskich bandytów, praktycznie na odparcie ataku przygotowani nie byli. Napad był dla nas wielkim zaskoczeniem. Nastąpił on w biały dzień, między godz. 15.00 a 16.00. Ja byłem wtedy na naszym podwórku i pierwszy zobaczyłem, jak do sąsiadów Sawickich i Małeckich wpadł Ukrainiec. W pierwszej kolejności zastrzelił dziadka Stefana Małeckiego, który akurat przyjechał z pola. Kiedy to zobaczyłem i usłyszałem strzały, zacząłem krzyczeć, że mordują i pobiegłem do znajdującego się w obejściu ojca. Ojciec, niewiele myśląc, wziął mnie na ręce, wbiegł do domu i krzyknął do mamy: „Maniu! Mordują! Rzucajcie wszystko! Uciekamy!”. Sam wybiegł ze mną na rękach i zaczął biec w stronę pola. Za nami podążyli: mama z Eugeniuszem, babcia Leontyna oraz nasza pracownica. Pamiętam, jak sprawdzałem, czy nas się trzymają, widziałem ich, ale dystans się powiększał. Niestety, widzieliśmy też goniących ich Ukraińców. Ojciec też już tracił siły, w końcu jednak dobiegliśmy do wysokiego zboża, w którym byliśmy bezpieczniejsi. Pozostałych złapali, zaprowadzili na podwórze sąsiadów Wojciechowskich i wraz ze zgromadzonymi tam innymi Polakami pozabijali. Zwłoki pomordowanych wrzucili do studni. Widziała to córka Adolfa Sawickiego — dwunastoletnia wówczas Alina. Ukraińcy zajęci łapaniem mamy i uciekających z nią osób nie podjęli pogoni za nami. Z ojcem pozostaliśmy w zbożu, gdzie ukrywaliśmy się łącznie przez 14 dni, żywiąc się ziarnem z kłosów i zbieraną rękoma rosą. Pewnej nocy udało nam się niezauważalnie dotrzeć do dobrego znajomego ojca, Ukraińca Kuźmy. Okazało się jednak, że w jego stodole było już kilkoro takich niedobitków jak my. Zatrzymaliśmy się u niego, korzystaliśmy ze schronienia i przynoszonego jedzenia, ale długo to nie trwało. Jednego dnia, przez szpary w stodole zobaczyliśmy, że na podwórko zajechało kilku bandytów. Do stodoły nie weszli, ale rozejrzeli się i pytali Kuźmę, czy czasem nie przetrzymuje Polaków. Kuźma energicznie zaprzeczył. Jakoś udało się, ale to miejsce uznaliśmy za „spalone”. Udaliśmy się więc znów w pobliskie pola, dobrze kryjąc się, bo patrole ukraińskich bandytów cały czas penetrowały okolicę. Żona Kuźmy donosiła nam jeszcze w nocy coś do zjedzenia, ale tak trwać długo nie mogło, więc ojciec postanowił przedzierać się nocą do miasta powiatowego Horochowa. Jakimś cudem udało się nam do niego dotrzeć. Horochów był miejscem stosunkowo bezpiecznym, bo było tam wielu mieszkańców polskiego pochodzenia, bardzo wielu uciekinierów, a przede wszystkim garnizon niemiecki, który odstraszał bandytów. W Horochowie spotkaliśmy wielu uciekinierów z naszych okolic, w tym naszych krewnych. Z młodych i sprawnych uciekinierów tworzone były oddziały samoobrony, które Niemcy wyposażali w broń. Oddziały te udawały się na tereny opanowane przez bandy przede wszystkim po to, by poszukiwać niedobitków, a co było bardzo ważne, z uwagi na złe zaopatrzenie żywnościowe (trzeba było zapewnić wyżywienie dla wielu ludzi), organizować dostawy żywności, jaką na tych terenach można było wtedy zdobyć. Ojciec (wraz ze mną) wziął udział w jednym z takich wypadów, kiedy postanowiono udać się w okolice Lulówki. Jechaliśmy drabiniastymi wozami asekurowani przez uzbrojonych młodych chłopaków, przyglądając się po drodze temu, co pozostało po pięknych prowadzonych na wysokim poziomie gospodarstwach polskich. Były to już wygasłe pogorzeliska. Gdzieniegdzie widzieliśmy wałęsające się zwierzęta domowe (np. psy, drób) i niedopalone elementy, jak fundamenty domów, resztki ogrodzeń, studnie czy sklepienia ziemianek. Przy głębokiej studni, do której według informacji świadków wrzucone zostały ciała naszych bliskich, znaleźliśmy porzucone widły do siana, z jednym zębem całym, a pozostałymi wyłamanymi. Udało nam się złapać parę gęsi i kur. Tak samo nazbieraliśmy sporo owoców oraz warzyw i z tym wracaliśmy do Horochowa. Żegnaliśmy tym samym naszą ziemię, naszych śp. bliskich, bo już zadawaliśmy sobie sprawę z tego, że tu nie wrócimy, że już wracać nie ma do czego. W Horochowie długo nie byliśmy. Korzystając z jakiejś okazji, wyjechaliśmy, zatrzymując się na dłuższy czas w Tarnowie.

WS 6/2018

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       projekt i wykonanie: primel.pl