rodo

 nr 7-11/07

W 1935 roku pisarz Melchior Wańkowicz podróżował z córką Martą po Mazurach i ówczesnych Prusach Wschodnich. Owocem tej eskapady było wydanie w roku następnym „Na tropach Smętka”, książki popularnej w przedwojennej Polsce.

Dość powiedzieć, że do 1939 roku doczekała się ona aż 9 wydań. Ta popularność miała również swoje drugie odbicie w hitlerowskich Niemczech, gdzie Wańkowicz szybko stał się wrogiem publicznym, a jego książki oficjalnie zakazane. Zaplanowano nawet podobną, „antysmętkową” wyprawę do Polski, delegując w tym celu znanego niemieckiego pisarza i reportera Heinricha Hausera. Stosowną pomoc miały mu okazać niemieckie organizacje mniejszościowe, w tym kierownik biura w centrali Deutsche Vereinigung w Bydgoszczy, Gero von Gersdorff z Parska. Wańkowicz musiał mieć świadomość roli, jaką pełnił „brunatny” baron z Parska, gdyż jego osobę opisał we wszystkich swoich książkach, poświęconych kampanii wrześniowej 1939 roku. W 1936 roku ukazują się dwa pierwsze wydania „Smętka” a pisarz udaje się, jako korespondent Polskiego Radia, w dziewiczy rejs polskiego transatlantyku „Batory”, którego pierwszym etapem było Morze Adriatyckie. Historia lubi się powtarzać. Dokładnie 70 lat później, autor – mieszkaniec Parska – podąża dalmackim tropem Melchiora Wańkowicza. Reportaż z tej wyprawy po raz pierwszy opublikowany został w zeszłym roku na łamach „Wiadomości Kościańskich”.

Upalny czerwiec, dalmatyński przebiśnieg i pałac rzymskiego cesarza

Adriatyk wita nas wiatrem i deszczem. Trochę martwimy się brakiem słońca w pierwszym dniu rejsu i nie przypuszczamy nawet, iż będzie to jedyny pochmurny i chłodny dzień przez najbliższe dwa tygodnie. Jeszcze zatęsknimy do kropli deszczu i orzeźwiającego powiewu lekkiej bryzy morskiej. Nowo otwarta marina AC I (powszechnie stosowany skrót angielskiej nazwy klubu Adriatic Croatia International) w Kaštel Gomilica, niedaleko Splitu, przytłacza początkowo swoim rozmachem i ilością stojących tu jachtów. Kilkaset jednostek różnej wielkości, żaglowych i motorowych, cumuje na „muringach” (długich linach umocowanych na stałe w dnie morskim, służących do unieruchomienia jachtów w portach) wzdłuż kilku równoległych, długich pomostów. Sztuczny betonowy falochron chroni port przed wysoką falą i silnymi porywami adriatyckiego jugo, maestralu czy bory. Obok – stary port, wspaniały relikt pamiętający zapewne jeszcze wiek XV I i czasy tureckiego zagrożenia, gdy na wysepce Gomile wznosiły swój obronny klasztor splickie benedyktynki.

Czarterujemy trzynastometrowy jacht o wyporności prawie 10 ton i wdzięcznej nazwie „Visibaba” (po polsku „Przebiśnieg”), który pachnie jeszcze nowością. Nic zresztą dziwnego, zwodowany został dopiero miesiąc temu. Francuski slup klasy Cyclades 43.4 prezentuje się doskonale. Smukły, biały, laminatowy kadłub kryje w sobie obszerne pomieszczenia dla 6 członków naszej załogi; 4 wygodne kabiny sypialne, 2 łazienki z prysznicem i obszerny salonik z kambuzem, czyli pokładową kuchnią. Nowoczesne wyposażenie, w tym najnowszy model nawigacyjnego GPS firmy Raymarine (o lodówce, ciepłej, słodkiej wodzie i aparacie UKF nie wspominając) oraz ponad 80 metrów kwadratowych powierzchni obu żagli gwarantuje udaną, morską wyprawę. Całości dopełnia wysokoprężny, 54-konny silnik Volvo, niezbędny podczas manewrów portowych i na kotwicowisku. Przejęcie jachtu, rozlokowanie się na pokładzie, rozmieszczenie bagaży i zapasów zajmuje nam całe popołudnie. Jeszcze mała ceremonia – na maszt dumnie wędruje polska banderka i już jesteśmy gotowi do wypłynięcia.

Przed nami pierwsza noc na morzu; jeszcze w porcie, ale już w jachtowych kojach. Jednak nikt nie myśli o spaniu. Wieczorem wybieramy się na zwiedzanie Splitu, największego portowego miasta na dalmatyńskim wybrzeżu. Jestem tu po raz trzeci, jednak nocny spacer po ruchliwym, rozświetlonym nabrzeżu, obsadzonym pierzastymi, przysadzistymi palmami i pełnym pasażerskich promów chorwackiej Jadroliniji, urzeka mnie swoim niezwykłym, egzotycznym charakterem i zapada mocno w pamięć. To podobno najatrakcyjniejsza promenada na wschodnim wybrzeżu Adriatyku. Stąd niedaleko już do dawnego pałacu rzymskiego cesarza Dioklecjana z przełomu III/IV wieku n.e., najlepiej zachowanej późnorzymskiej budowli tego typu w Europie. Dostajemy się do niego przez wschodnią bramę, zwaną Srebrną. Ta wielka atrakcja splickiej starówki, pieczołowicie odrestaurowywana i konserwowana, spełnia dziś rolę kulturalnego, handlowego i turystycznego centrum, mieszczącego się w parterowej części pałacu, kolokwialnie nazywanej Piwnicami Dioklecjana. Cały zespół, doskonale wkomponowany w otoczenie, nie ma w sobie nic z martwego zabytku, a mimo późnej pory tętni życiem i stonowanymi światłami butikowych witryn. Dzięki nieznacznej ingerencji późniejszych budowniczych w pierwotny kształt tej części budowli, w „piwnicach” nadal wyczuwa się oddech prawdziwie antycznej historii. To w murach tego obronnego pałacu znalazły w VI I w. n.e. schronienie resztki ludności z pobliskiej Solony – rzymskiej kolonii, pamiętającej czasy cezara Augusta, zniszczonej licznymi atakami Słowian przybyłych tutaj znad Wisły i Warty. Tak więc można zaryzykować całkiem śmiałą hipotezę, iż nasi dalecy przodkowie nie tylko w znaczący sposób przyczynili się do tego, że ruiny Solony są dziś główną archeologiczną atrakcją Chorwacji, ale także, iż dzięki ich najazdowi powstał i rozwinął się z czasem Split – największe miasto i port na całym tutejszym wybrzeżu.

Odpoczywamy chwilę, siadając na marmurowych stopniach jednego z portali wewnątrz pałacowego Perystylu. Wokół doskonale zachowane antyczne łuki i kolumnady. Na wprost marmurowe lwy z misternie udrapowanymi grzywami, którym towarzyszy staroegipski sfinks. Widocznie już wtedy ceniono kolekcje różnych osobliwości. Mimo późnej pory, wąskie uliczki dawnego Splitu pełne są ludzi. Ciekawe, z jaką łatwością mieszkańcy starego grada (po chorwacku miasta) potrafili wypracować kompromis pomiędzy koniecznością ochrony zabytków a potrzebami życia codziennego. Nad głowami turystów z całego świata sznury suszącego się prania, a w przydomowych ogrodach cytrusowe drzewka, obarczone dojrzewającymi owocami, w świetle ulicznych latarni konkurujące w odbieraniu zachwytów z dumnymi drzewkami laurowymi. Cesarskimi laurami, bo jesteśmy właśnie na Dioklecijanovej ulicy. Jak te słowiańskie języki są nadal do siebie podobne.

Docieramy na pobliski plac, zwany Narodowym. Wieczorna wycieczka mocno nas zmęczyła. W końcu mamy za sobą długą podróż z Austrii i cały dzień pracy na jachcie. Przyglądamy się – już bez większego entuzjazmu, ulicznemu turniejowi argentyńskiego tanga, który spontanicznie rozwija się wprost na ulicy. Stajemy u wejścia do renesansowej Gradskiej ljekarni (miejskiej apteki). Wydaje mi się, że czuję zapach dawnych leków: szałwi, lawendy i rozmarynu. To chyba złudzenie, chociaż… Zioła te często sadzone są w skrzynkach za oknami miejskich domów. Nad naszymi głowami góruje wieża z dziwaczną tarczą zegarową, podzieloną na 24 godziny. Właśnie obie wskazówki zatoczyły wielkie koło i ustawiły się w najwyższym punkcie. Mija północ, gdy decydujemy o powrocie do mariny.

Bezchmurne, wygwieżdżone niebo wróży dobrą pogodę. Przysiadamy na moment w pokładowym kokpicie. Ostatnie wrażenia i komentarze „na gorąco” przeplatają się z planami rejsu na najbliższe dni. Dla mnie to nie tylko perspektywa udanych wakacji pod żaglami. To także realizacja od dawna zamierzonej wyprawy, szlakiem dalmatyńskiego epizodu dziewiczego rejsu m/s „Batory” z 1936 roku. 70 lat temu chluba naszej żeglugi pasażerskiej opuściła nabrzeże we włoskim Trieście i popłynęła – przez Morze Adriatyckie i Tyrreńskie, zachodnią część Morza Śródziemnego, Maderę, Lizbonę, wokół wybrzeża północno-zachodniej Europy, kanał La Manche, Morze Północne i Kanał Kiloński do Gdyni. Pierwszym etapem inauguracyjnej podróży było zawinięcie do Dubrownika w ówczesnej Jugosławii. Wśród pasażerów najnowszego polskiego transatlantyku nie mogło zabraknąć wielkiego pióra polskiego reportażu – Melchiora Wańkowicza, który pozostawił dokładne sprawozdanie z całej eskapady w swoim zbiorze zatytułowanym „Anoda-Katoda”. Teraz, w chybotliwym świetle małej lampy na pokładzie „Visibaby”, biorę książkę do ręki i czytam – chyba po raz setny – wańkowiczowskie konstatacje:
„[...] Polak wychowany na kulturze zachodniej i na podłożu słowiańskim doświadcza w Dalmacji nagłego, niespodziewanego wzruszenia. Oba bowiem elementy jego duszy – kultura katolicko-rzymska i podłoże słowiańskie, z nagła zjawiają się w abundancji niesłychanej niby odkrywka nie tknięta, nie eksploatowana, niby ów badniak – starosłowiański pień drzewa palony na kominie w noc Bożego Narodzenia, który tu jednak obficie podlewa się winem, niby owa krajlica, dziewczyna na Zielone Świątki koronowana kwiatami, która w ręku trzyma berło – gałąź rozmarynu wetkniętą w jabłko.”

W czasie całego rejsu smak tutejszego wina i zapach rozmarynu kojarzyć mi się będzie nierozerwalnie z „górami odgrodzonym, krajem podanym ku ciepłemu morzu, zwróconym ku niedalekim Włochom, ku republice weneckiej niby ku wielkiej historycznej latarni, krajem katolickim, romano-włoskim, przepadłym w górach piarżystych, na rzekach, co nikną w niewiadomych przepaściach, na grotach podziemnych rozpiętym, krajem, u stóp którego słodko błękitnieje najbłękitniejsze z mórz…”. Z lądu dociera jednostajna pieśń miłosna cykad, a ja niezauważalnie wkraczam wreszcie na dalmatyńskie tropy mistrza Wańkowicza. Wypływamy wczesnym rankiem. Kurs na „perłę Adriatyku” – Dubrownik.

Rejs na południe z Marco Polo i mundialem w tle

Emocje następnych 5 dni przyćmiewają nieco mój główny cel, jakim jest Dubrownik, a raczej sąsiadująca z nim, niezwykle egzotyczna wysepka Lokrum. To na niej odbyło się przecież zasadnicze misterium Melchiorowej relacji z podróży „Batorym” po Adriatyku. Póki co, atrakcje Hvaru, najdłuższej wyspy Dalmacji i portu o tej samej nazwie, jakby żywcem osadzonego w historycznej scenerii sprzed kilkuset lat, wysuwają się na plan pierwszy. Wysuwają się, lub raczej wygrzmiewają. Tak szybko, jak poranna odsłona pogody zastąpiła wczorajszą chłodną słotę pełnym słońcem i ciepłą bryzą od morza, tak popołudniowa nagła jej odmiana ukazała nam zgoła inne oblicze adriatyckiej aury – gwałtowną burzę z piorunami. Jej zwiastuny dopadły nas po przejściu wąskiego przesmyku między wyspami Šolta i Brač, na wysokości archipelagu miniaturowych wysepek Paklenih otoka, zawdzięczających nazwę sosnowej żywicy służącej do konserwacji drewnianych kadłubów dawnych łodzi. Spokojny dotąd wiatr szybko zamienił się w silny szkwał, a chwilę później pioruny biły już w metalowe konstrukcje masztów w górzystej części wyspy. Do portu wchodziliśmy w strugach deszczu, konkurując o miejsce przy małym nabrzeżu z kilkunastoma innymi jednostkami.

Czerwcowa nawałnica skończyła się równie szybko, jak się zaczęła. Wielkie kałuże na bruku XVIII-wiecznego rynku miejskiego Pijaca błyskawicznie parowały w promieniach popołudniowego słońca. Domy zbudowane z jasnego wapienia i kryte rudą, wenecką dachówką, drewniane okiennice, wszędobylskie, dorodne palmy i agawy oraz las masztów w basenie portowym przywoływał nieodmiennie egzotyczne wspomnienia z równie romantycznych portów w Nowym Świecie. Ten sam senny klimat charakteryzujący karaibskie wyspy na Antylach. Jak żywe stanęły mi w oczach widoki z nurkowej wyprawy na Jamajkę: Montego Bay, Negril, Ocho Rios. Białe domy z zielonymi okiennicami, palmy, brukowany ryneczek z małym, wiekowym kościółkiem i las masztów w porcie. Tylko muzyka i ludzie zupełnie inni. Cumujemy przy murowanym pirsie naprzeciw miejskiego Arsenału, w którym w 1612 roku powstał pierwszy publiczny teatr w Europie! I tutaj niespodzianka; obok nas kotwiczy jacht z polską załogą na pokładzie, a wśród nich jest i mieszkaniec Śmigla. Jednak ten świat jest bardzo mały.

Rano szybki łyk czarnej, gęstej jak smoła kawy w małej kawiarence tuż przy portowym nabrzeżu i wychodzimy w morze. Późnym popołudniem, po przebyciu ponad 30 mil morskich, kłaniamy się najsławniejszemu podróżnikowi średniowiecznej Europy – Marco Polo. Nocujemy w marinie AC I na wyspie Korčula, ojczyźnie tego wielkiego wagabundy. Swoje wspomnienia z podróży do Chin, spisał w książce „Il milione”, znanej bardziej jako „Opisanie świata”, będąc jeńcem wojennym w genueńskiej niewoli. Złośliwi twierdzą, że nie tyle spisał, co po prostu wymyślił, bo już współcześni uznawali Marco Polo raczej za gawędziarza i fantastę, niż naocznego świadka. Tradycyjnie, rejsowym zwyczajem, wybieramy się późnym wieczorem na zwiedzanie miasta. Docieramy do wieży, o której mówi się, że jest miejscem urodzin Marco Polo, aby na miejscu przekonać się, gdzie leży prawda. Stary dom milczy, ale sąsiednie sklepiki pełne są pamiątek po wielkim korczulaninie. Sprawę przesądza kelner w pobliskiej kavanie (restauracyjce). Zapewnia, że to wszystko jest najprawdziwszą historią i raczy nas wyśmienitym lokalnym winem – białym, słodkim i mocno schłodzonym grk´iem z Korčuli (którego sława dawno przekroczyła granice wyspy) oraz czerwonym plavac´em z okolic Orebiča, modnej miejscowości po drugiej stronie wąskiego kanału morskiego, oddzielającego wyspę od lądu i będącego rajem dla windserfingowców. Nie jest to jeszcze rzeczywisty stały ląd, bo Orebič leży niemal na końcu długiego, ponad 40-kilometrowego półwyspu Peljesač, gdzie w 1999 roku po raz pierwszy nurkowałem w Adriatyku. U nasady Peljesač’u, w głębi Kanału Stońskiego, leży płytka zatoka, w której w czasach niezależnej Republiki Dubrownickiej (XV w.) zbudowano wielką salinę. Było to strategiczne przedsięwzięcie, bo wytwórnia produkowała tyle soli z wody morskiej, że zaspokajała nie tylko własne potrzeby republiki, ale zapewniała monopol w handlu tym towarem w całej kontynentalnej części bałkańskich ziem, przynosząc 2/3 wszystkich dochodów tego małego, kupieckiego państewka.

Teraz pozdrawiam znajome miejsca z oddali, bo wczesnym rankiem kierujemy się ku odległej o prawie 40 mil morskich miejscowości Slano, leżącej już w regionie dubrownickim. Mała zatoczka słabo chroni od silniejszych wiatrów, stąd postój przy pozbawionym „muringów” nabrzeżu hotelowym jest dosyć ryzykowny. Decydujemy się na rzucenie kotwicy w głębi zatoki, gdzie fala nie jest tak dokuczliwa. Podpływamy do małego jachtu, który pierwszy wybrał to miejsce. Na rufie nazwa „Talinga Too” i oznaczenie portu macierzystego – Adelaide. A więc Australijczyk! Z większym szacunkiem zerkamy na małą, ale jakże dzielną jednostkę, która pokonała trzy oceany. Z bliska widać niektóre, „oceaniczne” gadżety tego niepozornego slupa, panele baterii słonecznych i wiatraczek generatora prądu na rufie. Na pokładzie wzorowy ład i porządek. Teraz widać również mały Union Jack z krzyżem południa na niebieskim tle. W kokpicie pojawia się właściciel. Wymieniamy serdeczne pozdrowienia.

Dostrajam ostrość lornetki i rozglądam się po zatoce. Slano sprawia nieco przygnębiające wrażenie. Mimo upływu wielu lat, ślady ostatniej wojny chorwacko-serbskiej są cały czas widoczne. Część domów jest całkowicie zniszczona, z daleka świecą puste oczodoły wypalonych okien. Spuszczamy gumowy ponton na wodę i płyniemy na brzeg. W otoczeniu sosen pokrzywionych podmuchami morskich wiatrów skromny pomnik ofiar „serbsko-czarnogórskiej agresji z lat 1991-95 roku”. W zadumę wprawia symboliczna wymowa obelisku – rozerwana, na poły ukrzyżowana postać ludzka z surowego mosiądzu…

Nieopodal wiejski kościółek z białego wapienia w otoczeniu wysmukłych cyprysów. Jak wszystkie budynki w tej miejscowości, uderza jasna dachówka nowego poszycia dachu. Nietrudno domyślić się, dlaczego. Życie toczy się jednak swoją drogą i wojenne rany powoli zabliźniają się. Słyszę narastający jazgot wielu klaksonów samochodowych. Za chwilę kawalkada pojazdów ozdobionych chorwackimi flagami wtacza się z hałasem do wsi. Młodzi ludzie ubrani są w biało-czerwono-niebieskie stroje: czapki, koszulki, szaliki. Prawda, dziś mundialowy mecz Chorwacja-Brazylia.

Uroki rejsu sprawiają, iż odstaję całkowicie od rzeczywistości ostatnich kilku dni. Futbol zupełnie mnie nie interesuje, jednak postanawiam wybrać się wieczorem do wsi, aby przyjrzeć się zwyczajom tutejszych kibiców piłkarskich. Mecz ma być rozegrany dopiero za kilka godzin, ale atmosfera sportowego święta sięga już zenitu. Wszyscy mówią tylko o jednym – o piłce. Około 18-tej lądujemy w jednej z miejscowych kavan. Na ścianie obowiązkowy, panoramiczny ekran plazmowego TV. Zamawiamy kolację z dużą karafką lokalnego, czerwonego wina i obserwujemy dyskretnie fanów chorwackiej drużyny. Wokół strzelają coraz liczniejsze petardy i fajerwerki. Flagi w rękach, stroje i „makijaże” w narodowych barwach na twarzach. Mężczyźni, kobiety, nawet małe dzieci. Sportowa feta. Chorwacki hymn wszyscy śpiewają na stojąco. Jest dużo alkoholu, ale żadnych ekscesów. Przeważa zdecydowanie optymizm i wiara w zwycięstwo. Potem, w miarę upływu czasu, entuzjazm słabnie. Brazylia zdobywa bramkę i wygrywa całe spotkanie. Dyskretnie usuwamy się na nasz jacht. Nie wiem dlaczego, ale żałuję, że chorwacka drużyna doznała dziś porażki.

Polskie akcenty w Ragusie, czyli dzisiejszym Dubrowniku

Slano dzieli od Dubrownika niecałe 20 mil morskich. Ponieważ zaplanowaliśmy nocleg w marinie AC I położonej poza miastem, w głębi ujścia rzeki, mamy cały dzień na zwiedzanie przybrzeżnych wód. Włóczymy się trochę, jak piraci ze starożytnej Ragusy, szukając łatwego łupu. Wiatr jest nijaki i tylko od niechcenia wybrzusza nasz żagiel. Słońce szybko wędruje po nieboskłonie i doskwiera nam z całą swoją przedpołudniową intensywnością. W końcu wybieramy mały archipelag Wysp Elafickich, porośniętych podzwrotnikową roślinnością. Wysepki słyną z zabytków, pięknych plaż i kąpielisk. Zabroniony jest ruch samochodowy, co sprawia, że jest to ulubione miejsce wycieczkowe wielu dubrowniczan i turystów. Wpływamy do małej, przepięknej zatoczki Šunj u brzegów wyspy Lopud. Stajemy na kotwicowisku, na głębokości 25 metrów, vis a vis żwirowej plaży. Po chwili dobijają do nas dwa małe jachty typu Bavaria… pod polską banderą. Dzień upływa nam na pływaniu i nurkowaniu w krystalicznie czystej wodzie zatoki. Mija południe i przybywa coraz więcej jachtów, rzucających kotwicę w głębi zatoki. Powoli robi się tłoczno. Decydujemy się na wcześniejsze wypłynięcie do Dubrownika. I nie żałujemy, bo morskie wejście do miasta od strony północno-zachodniej stanowi nie lada atrakcję. Już na podejściu do portu Gruz, leżącego w zatopionym przez morze ujściu rzeki Omble, widać z daleka wielki, wiszący most, łączący oba brzegi zatoki, nazwanej jeszcze w średniowieczu Rijeką Dubrownicką. Ta piękna konstrukcja architektoniczna, oddana do użytku w 2002 roku liczy sobie ponad pół kilometra długości. Wszystkie jednostki płynące w górę rzeki muszą przepływać pod tym, dosłownie wiszącym nad Rijeką, moście. Zaprojektowano go z wielką lekkością. Opiera się tylko na dwóch filarach, z których jeden jest znacznie wyższy i stanowi swoisty maszt, na którym zaczepiono szereg stalowych lin, podtrzymujących kładkę z czterema pasami ruchu.

Z prawej strony widać nowoczesne nabrzeże portowe, do którego cumują liczne statki pasażerskie. Stolica dawnej Respublika Ragusina (nazwa Dubrownik przyjęła się dopiero po I wojnie św. w 1918 roku), uznana przez UNESC O za dziedzictwo światowej kultury, nieodmiennie od lat przyciąga niezliczone rzesze turystów z całego świata, docierające tu nie tylko drogą lądową czy powietrzną, ale także na pokładzie luksusowych wycieczkowców i największych transatlantyków. Właśnie mijamy prawą burtą „Carnival Liberty”, wysoki na osiem pięter, o wyporności ponad 100 000 ton, turystyczny cruiser pod panamską flagą. To nie tylko piękny statek, ale także pływający czterogwiazdkowy hotel, oddany do użytku w 2005 roku. Jednorazowo gości prawie 3 tysiące pasażerów, wysypujących się teraz z jego licznych pokładów na dalmatyński brzeg. To małe pływające miasteczko. Równie dumnie musiał prezentować się przed 70 laty polski motorowiec „Batory”, dla którego Gruž był pierwszym portem na trasie dziewiczego rejsu po Adriatyku.

Wejście naszego najnowszego transatlantyku do Zatoki Dubrownickiej w 1936 roku, utrwalił Wańkowicz w cyklu przedwojennych reportaży pt. „Pierwsza podróż Batorego”. „[…] Wyszedłem na pokład. Przed nami widniał biały brzeg Dalmacji i wszędzie na horyzoncie kontury wysp i wysepek”. Miał na myśli ponad 600 wysp różnej wielkości, bo tylu w rzeczywistości doliczyli się kartografowie na chorwackim wybrzeżu! „Batorego” mistrz Melchior obrazowo nazywa „kawałkiem Polski na błękitnym Adriatyku”, a postojowi w najpiękniejszym porcie Jugosławii poświęca cały osobny reportaż.

Tymczasem na redę Dubrownika wchodzi następny wycieczkowiec „Esmerald”, należący do znanego niemieckiego biura podróżniczego TUI, a w oddali widać zbliżającą się, zwalistą sylwetkę kolejnego liniowca.

Pozostawiamy za sobą Gruž z malowniczym mostem, którego budowę obserwowałem podczas mojego pierwszego pobytu w tym porcie w 1999 roku. Płyniemy w górę rzeki Omble, obserwując widoki po obu jej brzegach. Stopniowo wdzieramy się w głąb miasta, mając po prawej burcie ruchliwą nadmorską estakadę. W pewnym momencie mijamy zakotwiczoną w małym zakolu, piękną kopię karaweli, dużego żaglowca z XV I wieku. Dwa przednie maszty z ożaglowaniem rejowym, pełne olinowanie i wysoko wyniesiona rufa. Znów pachnie historią. Rejs taką wierną repliką musi należeć do wielkich przyjemności.

Nieco dalej mijamy kapitanat portu. Przed nami rozległa zatoczka wśród wysokich zboczy dubrownickiego krasu, porośniętego oliwnymi gajami i winnicami, a na wodzie las masztów. Zbliżamy się do mariny AC I Blue Flag. To duża, nowoczesna przystań jachtowa z całym zapleczem turystycznym i socjalnym oraz miejscami do cumowania dla kilkuset jachtów. Stajemy przy pirsie G. Obok nas zacumowały jednostki z dwóch różnych epok. Supernowoczesna „Nariida” należąca do Królewskiego Jacht-Klubu w Oslo lśni ciemną zielenią gładkiego laminatu i ciepłym brązem tekowego pokładu. To kilkudziesięciometrowej długości, najnowocześniejszy jacht regatowy, obsługiwany przez etatową załogę. Na wyposażeniu ma m.in. parę setek metrów kwadratowych żagli, dużą antenę radarową i wielkie, cyfrowe panele na masztach, wyświetlające sternikowi i załodze wszystkie dane nawigacyjne. Na rufie dumnie powiewa morska bandera Królestwa Norwegii.

Za to obok naszej „Visibaby” cumuje istny zabytek szkutniczy; przepiękny drewniany kuter „Manana” z Lüneburga w Dolnej Saksonii, jak informuje tabliczka na rufie. Z zaciekawieniem przyglądamy się tej, liczącej kilkadziesiąt lat, jednostce. Mocno już nadszarpnięta zębem czasu i wyeksploatowana latami ciężkiej pracy, zdaje się odpoczywać na wodach ciepłego Adriatyku, jak na zasłużonej emeryturze. Na pokładzie panuje swojski chaos, a my oglądamy, niemal z nabożnym szacunkiem, archaiczne okrągłe bulaje, rzeźbioną podstawę bukszprytu i kształtną kotwicę uwieszoną poniżej. Na „Neriidzie” zgrabna Norweżka, pełniąca wachtę na pokładzie, rozpoczyna ćwiczenia aerobiku, ale naszą uwagę niezłomnie przykuwa wysłużona emerytka z Lüneburga, która swą młodość i urodę dawno już zostawiła w wodach macierzystej rzeki Łaby……

Szybko doprowadzamy siebie do porządku i już jesteśmy gotowi do tradycyjnego, wieczornego wypadu na zwiedzanie portu. Tym razem przed nami Dubrownik! Do starego miasta mamy około 10 kilometrów. Wybieramy podróż autobusem miejskiej linii komunikacyjnej Libertas. Pół godziny później stoimy u podnóża XV-wiecznej twierdzy Bokar, broniącej zachodniego wejścia do miasta – Bramy od Pila. I dziś strzegą jej halabardnicy w historycznych strojach z epoki. Idziemy Placą, główną ulicą Ragusy, czy raczej uliczyskiem – Stradun – jak później przezwali ją Wenecjanie. Całość uznano za zabytek klasy zerowej i światowe dziedzictwo. Aż wierzyć się nie chce, iż podczas ostatniego konfliktu chorwacko-serbskiego Dubrownik wraz ze Stradunem został bardzo zniszczony. Oddaję głos Melchiorowi Wańkowiczowi: „[…] Szliśmy powoli pod górę białymi flizami ulicy. W patiach przegrzanych słońcem jarzyły się kule pomarańcz. W kościołach, wspaniałych kościołach, jeszcze w XV I wieku trzymających się gotyku, na posadzkach deptaliśmy zatarte ślady herbów, korporacji, bractw. Podążałem za czarną peleryną Rogowskiego uliczkami wąskimi, wspinającymi się w górę, uliczkami czystymi, choć przecie Dubrownik leży na wysokości Neapolu; rzucając ostre cienie przesuwały się nimi smukłe sylwety kobiet, niosących na głowach kosze”.

Ów „czarny peleryniarz” to polski kompozytor i dyrygent Ludomir Rogowski (1881-1954), twórca tzw. skali „słowiańskiej”. Wieczny peregrynator (przynajmniej do czasu przyjazdu do Jugosławii); studiuje w Lipsku, Monachium, Paryżu i Rzymie. W 1910 zakłada orkiestrę symfoniczną w Wilnie, a w latach 1912-1914 piastuje urząd kierownika muzycznego Teatru Nowoczesnego w Warszawie. W czasie I wojny światowej przebywa we Villefranche, Paryżu i Brukseli. W 1926 roku, w trakcie tournee po Jugosławii, zauroczony pięknem Dubrownika, osiedla się w nim na stałe. Atmosfera miasta, będącego niespotykanym połączeniem słonecznego ciepła, błękitu morza, przepięknej architektury i egzotycznej roślinności, staje się dlań niewyczerpanym źródłem inspiracji muzycznej i literackiej. Dubrownikowi pozostanie wierny na zawsze.

Siadamy przy stoliku stylowej kawiarenki na straduńskim, marmurowym bruku. Zamawiamy kawę i doskonałe lody, których spróbować można tutaj w kilkunastu smakach. Wygodnie siedząc w wyplatanych fotelach, podziwiamy zabytkową architekturę Placy. Po obu stronach zunifikowana, jednolita zabudowa barokowych kamienic, postawionych tu po 1530 roku, gdy miasto odbudowywało się po wielkim, niszczycielskim trzęsieniu ziemi. Fasady domów tworzą zwarty mur, jaskrawo teraz podświetlony przez licznie rozmieszczone reflektory. W ich blasku mnogie watahy jeżyków odbywają śmigle loty wzdłuż ulicy, niemiłosiernie przy tym hałasując. Nie płoszy ich nawet donośny odgłos werbla, który towarzyszy uroczystej zmianie wart przy Bramie od Pila. Halabardnicy w historycznych uniformach gracko maszerują ulicą, podziwiani i fotografowani przez setki turystów, czekających na ten właśnie moment.

Nie sposób zwiedzić całą starówkę podczas jednego wieczoru. Uspokojeni tym faktem, nabywamy kilka butelek tęgiego dingacza i wracamy na jacht. Szybka kolacja na bazie koziego, wędzonego sera (nabytego jeszcze na Korčuli) zakropionego czerwonym winem i idziemy spać. Jutro wyruszamy do Cavtatu, dawnej kolonii grecko-rzymskiej na południowych krańcach chorwackiego wybrzeża. W VI I w. n.e. jego mieszkańcy schronili się przed niszczycielskimi najazdami Awarów i Słowian (podobnie, jak w przypadku Splitu!) na małej wysepce Lave i założyli tu nowe, obronne osiedle Ragusium, będące zaczątkiem dzisiejszego Dubrownika. Jeszcze jeden „parapolski” element w skomplikowanej mozaice historii dalmatyńskiego wybrzeża, bo przecież owi słowiańscy najeźdźcy przybyli tu z terenów dzisiejszej Polski. Mało kto też i wie, że morze z trzeciej zwrotki naszego hymnu narodowego, przez które „wrócim się dla ojczyzny ratowania”, to najprawdopodobniej Adriatyk. Generał Jan Henryk Dąbrowski wiązał swego czasu strategiczne plany legionów polskich z Dubrownikiem i całkiem sensowna wydaje się hipoteza, iż formacja ta miała wracać do kraju właśnie przez Dalmację. A to już nie tylko rzecz polska w dubrownickim wydaniu, ale i śmigielska, bowiem generał, przez swoją drugą żonę Barbarę, był w późniejszych latach związany z okolicą tego wielkopolskiego miasteczka. Trochę szkoda, że śmigielanka Barbara, nie jest Basią z ostatniej zwrotki „Mazurka Dąbrowskiego”, której ojciec „mówi zapłakany”…

Nie wyczerpuje to oczywiście wszystkich naszych powiązań z ówczesną Republiką Raguzańską. Znany jest pobyt grupy konfederatów barskich w tym mieście, obopólne plany ponownej „dymitriady”, czy wcześniejsze wątki wspólnej walki z Turkami, a w tym i naszych inspiracji dla powstania najsławniejszej epopei w historii literatury dubrownickiej – „Osmana” Ivana Gundulicia (1621), osnutej wokół zwycięstwa polskiego królewicza Władysława pod Chocimiem, czy wielce radosnego odbioru na ziemiach chorwackich wieści o wiedeńskiej wiktorii Jana II I Sobieskiego.

Lokrum – raj na ziemi…

Wychodzimy z mariny wczesnym przedpołudniem i kierujemy się do Zatoki Dubrownickiej, dokładnie tą samą trasą, która przebyliśmy wczoraj. Przy nabrzeżu portowym Gruz cumują już nowe pasażerskie liniowce, z olbrzymim, biało-niebieskim „Golden Princess”, brytyjskim 100-tysięcznikiem na czele. Jak każdego dnia, tak i teraz rzesze turystów wyruszają na podbój Dubrownika.

Wytyczam na ploterze GPS’u kurs na Cavtat. Z interaktywnej mapy na ekranie monitora wynika, iż stare miasto, w którym wczoraj spędziliśmy cały wieczór, obejdziemy od strony morza, mając wspaniałą okazję dokładnie przyjrzeć się historycznym murom obronnym stolicy dawnej Republiki Dubrownickiej. To jeden z najpiękniejszych i największych zarazem systemów fortyfikacyjnych w całym basenie Morza Śródziemnego. Malownicze umocnienia, wieże, kazamaty i bastiony strzegły niezależności Ragusy przez kilka stuleci. Niezdobyta twierdza poddała się dopiero wojskom Napoleona Bonaparte, ale to już zupełnie inna historia. Liczące 1940 metrów mury obronne zwiedzałem kilka lat temu, dlatego dla mnie ważniejszą sprawą jest informacja, iż niedługo zobaczę wreszcie Lokrum – wyspę bajeczną i przeklętą zarazem. Miniemy ją prawą burtą „Visibaby”. Miniemy, bo dziś jeszcze nie planujemy przybicia do jej brzegów.

Lokrum – mała wysepka na południowy-wschód od Dubrownika, o powierzchni zbliżonej do 1 kilometra kwadratowego, położona dosłownie u wejścia do starego portu, naprzeciw wielkiego kompleksu twierdzy św. Jana. Jej nazwa pochodzi prawdopodobnie od łacińskiej nazwy owoców cytrusowych (acrumen), licznie dojrzewających na wyspie. Porośnięta obfitą, wiecznie zieloną, podzwrotnikową roślinnością, należy do ulubionych miejsc wycieczkowych dubrowniczan i turystów. Od miasta dzieli ją odległość, której przepłynięcie łodzią zajmuje około jednego kwadransa. Czarujące, małe zatoczki z krystalicznie czystą wodą, w których nie trudno wypatrzeć liczne czerwono zabarwione rozgwiazdy, otaczają urokliwe, skalne klify.

Wysepka jest rezerwatem przyrody, założonym w 1964 roku. Występuje tu konglomerat roślinności, typowy dla obszaru śródziemnomorskiego. Na powierzchni około 2 hektarów, opisano ponad 400 gatunków roślin. Takiemu stanowi rzeczy sprzyja układ pogodowy, charakteryzujący się średnimi, rocznymi wskaźnikami: temperaturą oscylującą wokół plus 16 °C, sumą opadów przekraczającą 1300 mm i 2584 godzinami słonecznej ekspozycji (ponad 300 dni w roku)! Dlatego w tutejszym ogrodzie botanicznym (będącym od 1959 roku kontynuacją ogrodu, założonego jeszcze przez arcyksięcia Maksymiliana Habsburga) możliwe jest utrzymywanie unikalnej kolekcji egzotycznych roślin, pochodzących z całego świata, m.in.: ze środkowego Chile, południowo-wschodniej Australii, środkowej i południowej Kalifornii oraz wybrzeża Południowej Afryki. Funkcjonuje tu Instytut Oceanograficzny i Rybołówstwa oraz Muzeum Przyrodnicze, a jedną z większych atrakcji jest słynne Mrtvo more (Morze Martwe) – głębokie na prawie 10 metrów, słone jeziorko. W jego pobliżu rozlokowany jest pradawny kompleks klasztoru benedyktynów, sięgającego swym rodowodem początków X I stulecia.

„[…] Lądujemy na Lokrum, wyspie, którą musiał widzieć Böcklin. Jakoż dzieje jej są tajemnicze. Osiedlili się na niej benedyktyni w X I stuleciu i władali wyspą bez przeszkód do 1802 roku. W tym roku nowinki rewolucji francuskiej doszły i do Dalmacji. Kazano mnichom się wynosić. Benedyktyni urządzili wkoło wyspy pochód żałobny z czarnymi świecami, trzymanymi płomieniem w dół. Rzucono na gwałcicieli najstraszliwszą klątwę. Na nich i na tych, co będą władali wyspą po wsze czasy. Klątwa działała. W kilka lat zły los przyszedł na arystokrację dubrownicką, która rządziła mikroskopijną republiką przez tyle wieków, kłaniając się na dwie strony to Wenecji, to Turkom, płacąc, okupując się i śląc okręty w świat po coraz nowe złoto. Nad miastem zawisł fort dźwignięty z rozkazu Napoleona. Dumni oligarchowie zebrali się na półwyspie Lapud i ślubowali nie mieć potomstwa, by nie wzrastało na niewolników. Arystokracja dubrownicka wymarła i tak pomsta mnichów dosięgła krzywdzicieli w pierwszym pokoleniu.” – komentuje wizytę na wyspie w 1936 roku mistrz Wańkowicz.

I ja nie mam wątpliwości, że wyspę nawiedzić musiał Arnold Böcklin, popularny XIX-wieczny malarz symbolista. Kiedy przyglądam się jego obrazom: „Willa przy brzegu” czy „Prometeusz”, a przede wszystkim „Wyspie umarłych”, nieodparcie nasuwa się przekonanie, że inspiracją do nich musiała być artystyczna wizja Lokrum. Mityczne (i mistyczne) wątki utrzymane są w scenerii wyspy, utworzonej z masywnych skał biało-żółtego wapienia, wynurzających się wprost z błękitu morza i malowniczych, antycznych willi w otoczeniu cyprysów i pinii…

Tak teraz, w pełnym świetle słonecznym, jawi nam się Lokrum, której zarys wyraźnie widać na trawersie „Visibaby”. Północno-wschodni skraj wyspy to żywa reminiscencja obrazów Böcklina. Linia niedostępnych, wapiennych klifów przechodzi niezauważenie w pas egzotycznej roślinności, wśród której dominują cyprysy, pinie, laury oraz liczne odmiany oliwek i drzew cytrusowych. W morzu wiecznej zieleni widoczne są tylko dachy budynków muzeum, francuskiego fortu na szczycie najwyższego wniesienia i klasztoru benedyktynów, założonego na wyspie jeszcze w 1023 roku. Legenda głosi, iż stało się to w podzięce za uratowanie miasta z wielkiego pożaru, który miał wybuchnąć w Dubrowniku właśnie w dniu św. Benedykta.

Wyspa przeklęta, czyli Habsburgowie i Ryszard Lwie Serce w opałach

Skutki owej benedyktyńskiej klątwy są w Dubrowniku powszechnie znane i szeroko komentowane. To jedna z najpopularniejszych legend tego miasta. Do eksmisji zakonników doszło w 1802 roku na polecenie francuskiego generała, który nakazać zamknąć klasztor, a ich samych wygnać z wyspy. Mnisi, przerażeni i przygnębieni całą sytuacją, pod presją przedstawicieli trzech miejscowych arystokratycznych rodów: Gozze, Pozza i Sorgo zdecydowali się opuścić Lokrum. Jednak ostatniej nocy obeszli ją trzykrotnie w ponurej procesji, ceremonialnie powtarzając surowe słowa strasznej anatemy: „Przeklęty niech będzie na wieki ten, kto zażąda Lokrum dla swojej osobistej przyjemności!” O brzasku ostatni zakonnicy wsiedli do łodzi i odpłynęli z wyspy, nie oglądając się nawet za siebie. Ślubowali sobie, że nigdy już tu nie powrócą.

Nałożona klątwa szybko zaczęła funkcjonować. Jej pierwszą ofiarą padli dubrowniccy dostojnicy, naciskający na zakonników, aby ci porzucili klasztor. Wszyscy zmarli w krótkim odstępie czasu od opisanych wydarzeń. Już po upadku Napoleona Bonaparte właścicielem Lokrum został niezwykle bogaty, miejscowy armator morski nazwiskiem Tomasevic. Szybko stał się bankrutem i musiał sprzedać wyspę. Nowym nabywcą został sam arcyksiążę Maksymilian Habsburg, młodszy brat austrowęgierskiego cesarza Franciszka Józefa I. W 1859 roku, zauroczony pięknem dalmackiej wysepki, zdecydował się kupić ją i zamienić w letnią rezydencję. W tym celu zaadoptował budynki benedyktyńskiego klasztoru z X I wieku, którego romantyczne mury nosiły ślady uszkodzeń po wielkim trzęsieniu ziemi, jeszcze z 1667 roku. Maksymilian przeistoczył już i tak piękną wyspę w istny raj na ziemi. Wytyczył alejki komunikacyjne, obsadził ją cyprysami, aloesami, oleandrami, drzewkami pomarańczowymi i cytrynowymi, liliami, różami oraz najprzeróżniejszymi innymi, równie egzotycznymi roślinami. Sprowadził nawet wanilię i figowce z Indii. Zasiedlił stadami barwnych kanarków, papug i pawi. Przebywał tu całymi miesiącami, z dala od europejskich skandali i dworskich intryg, zażywając ze swoją żoną Charlottą najszczęśliwszych chwil w ich małżeństwie. Idylla nie trwała długo. Arcyksiążę-romantyk, skuszony propozycjami Napoleona III, zgodził się w 1864 roku zostać marionetkowym cesarzem Meksyku.

„[…] Dzieje tej wyprawy po złote runo meksykańskie arcyksiążęcej pary nadają się do ułożenia najsensacyjniejszego scenariusza. […] 14 kwietnia 1864 r. salwy artylerii i owacje tysiącznej publiczności grzmiały na cześć cesarza Maksymiliana i młodziutkiej jego małżonki, córki króla Belgów […] […], kiedy wchodził w Trieście na austriacki statek „Novara”. Młoda para z lekkim sercem podążała na podbój swego meksykańskiego państwa.” – tak opisuje te wydarzenia w 1927 roku Wańkowicz w swojej pierwszej książce-reportażu, właśnie z podróży do Meksyku.

Trzy lata później „cesarskie” panowanie młodego Habsburga obaliło wielkie powstanie ludowe pod wodzą Juareza: „[…] Z resztkami wojsk swoich schronił się do twierdzy Queretaro Maksymilian. Ostatnie pułki francuskie opuściły Meksyk 16 marca 1867 r. Przy nieszczęśliwym cesarzu zostało trochę wiernych jeszcze wojsk meksykańskich i trzy legie: ochotnicza francuska, belgijska i austriacka. W tej ostatniej zwłaszcza dużo było Polaków, a jeden z nich, Niklewicz, zostawił dwutomowe wspomnienia.” Kolejny polski wątek według wańkowiczowskiej konstatacji.

Skądinąd wiadomo (znów za nieocenionym Melchiorem, tym razem w trylogii „ W ślady Kolumba”), iż Konrad Niklewicz w owym obszernym pamiętniku (1864-1867) pt. „Wspomnienia z Meksyku”, stawia rewolucyjną wręcz tezę o odkryciu kontynentu amerykańskiego, na długo przed Krzysztofem Kolumbem, przez… naszego rodaka, niejakiego Cholewę. Swoje przekonanie opiera na znalezionej w Meksyku kamiennej tablicy, z inskrypcją w języku polskim (sic!), która „[…] według znawców, mogła mieć od lat 800 do1000.” I konkluduje zaraz: „[…] A więc na cztery wieki przed zdobyciem Meksyku jacyś Polacy zbłąkali się w te strony, a któż może zaprzeczyć, że nie oni to właśnie byli tutaj pierwszymi przedstawicielami nauki Chrystusa”. Cóż tu więcej dodać…

Maksymilian ginie, rozstrzelany przez powstańców 19 czerwca 1867 roku. Wańkowicz, który zwiedzał twierdzę w latach 20-tych ubiegłego wieku, zostawia nam relację z tego miejsca: „[…] O tym Miramare [inna rezydencja Maksymiliana po drugiej stronie Adriatyku, nieopodal Triestu we Włoszech] począłem myśleć po raz pierwszy na antypodach, kiedy czerwonoskóry Indianin oprowadził mnie po Queretaro w Meksyku i ściągając okrutnym uśmiechem wąskie wargi pokazywał miejsce, na którym był rozstrzelany cesarz meksykański”. Zwłoki Maksymiliana wróciły do Europy na pokładzie tego samego okrętu, którym parę lat wcześniej wyprawiał się za ocean. Ostatni etap tej podróży wiódł adriatyckim szlakiem „Batorego” – do Triestu.

Osieroconą wyspę znów wystawiono na sprzedaż. Jednak przed długi czas nie znalazł się żaden chętny, pomimo, iż proponowana cena była śmiesznie niska. Wreszcie nabywa ją, wywodząca się z Wenecji, bogata rodzina Dujmovic z Poljicy, szczycąca się, ponoć książęcym, tytułem „conte de Polisa”. Jeszcze w tym samym roku spotyka ich finansowa katastrofa a Lokrum ponownie trafia na aukcję. Szczęśliwym kupcem jest tym razem nadworny adwokat cesarza Franciszka Józefa, doktor prawa, cieszący się dużym autorytetem u dworu i jeszcze większymi sukcesami zawodowymi, niejaki mecenas Jakopovic z Budapesztu. Wkrótce wychodzi jednak na jaw, iż używał on swojego tytułu całkiem nielegalnie, a jego dyplom został sfałszowany. W rzeczywistości nie był nawet prawnikiem, tylko... męskim fryzjerem! Wybucha olbrzymi skandal w Wiedniu i w Budapeszcie. Majątek mecenasa częściowo skonfiskowano, a on sam znalazł się na marginesie życia społecznego i wkrótce zmarł. Nowym dziedzicem wyspy zostaje jego bratanek, młody oficer w pułku huzarów. W czasie morskiej przeprawy z Dubrownika na wyspę zrywa się nagle silny wiatr i przewraca łódź. Jakopovic junior tonie w wodach Adriatyku.

Wyspa wraca w ręce cesarskiej rodziny Habsburgów. Wówczas to Lokrum upodobał sobie jedyny syn Franciszka Józefa i spadkobierca tronu austrowęgierskiego, arcyksiążę Rudolf. Przywiózł tutaj nawet, na jakiś czas, swoją żonę Stefanię, z którą pozostawał w faktycznej separacji. Wkrótce jednak Rudolf wdaje się w tragiczny romans z piękną baronówną Marią Vetsera i oboje popełniają samobójstwo (1887) w myśliwskim zameczku Mayerling. Kulisy tego wydarzenia nigdy nie zostały wyjaśnione, a sprawa odbiła się głośnym echem w całej Europie.

Jego matka, cesarzowa Elżbieta, słynna „Sissi”, zadecydowała wówczas, iż rodzina cesarska pozbędzie się fatalnej wyspy definitywnie. Podczas pobytu na Corfu zaproponowała tamtejszym benedyktynom zwrot wyspy, w nadziei odwrócenia rzuconej klątwy. Zakonnicy pozostali jednak wierni ślubom swoich dawnych współbraci, którzy przysięgli nigdy więcej nie powrócić na wyspę i odrzucili ofertę wiedeńskiego dworu. Habsburgowie, w obawie utraty życia przez kolejnego członka rodziny, ofiarowali pieniądze dubrownickim dominikanom, aby mieli środki finansowe na zakup wyspy. Podobno postawili jednak warunek, iż w każdej chwili będą mogli odkupić od nich Lokrum. Operacja nie doszła do skutku, a kilka lat później wnuczka cesarza, księżniczka Elizabeth Windischgratz, córka Rudolfa i spadkobierczyni austrowęgierskiego tronu, stała się kolejną właścicielką wyspy.

Klątwa działa dalej. Cesarzowa „Sissi”, po powocie z Korfu do Genewy w 1898 roku, zostaje zamordowana przez włoskiego anarchistę Lucceniego; podobno przez pomyłkę. Księżniczka Windischgratz (ta z Lokrum) strzela w nocnym klubie w Pradze do jakiegoś tancerza, który miał być... kochankiem jej męża i na mocy wyroku sądowego zostaje pozbawiona prawa do dziedziczenia tronu. Arcyksiążę Franciszek Ferdynand, kolejny cesarski sukcesor, zostaje zamordowany wraz z żoną w Sarajewie, w czerwcu 1914. Fakt ten staje się bezpośrednią przyczyną wybuchu I wojny św. W roku 1916 umiera Franciszek Józef I. Jego następca – Karol I Habsburg, dwa lata później traci cesarską koronę i zostaje przez państwa zwycięskiej Entanty zesłany na Maderę, gdzie wkrótce umiera na zapalenie płuc. Ostatni władca Austro-Węgier ma jednak więcej szczęścia, niż jego pozostali krewniacy. Wszczęty w 1949 roku w Rzymie proces beatyfikacyjny, wynosi go, za sprawą papieża Jana Pawła II, na ołtarze kościelne w 2004 roku.

Przytoczone tu przypadki działania klątwy z Lokrum nie wyczerpują tematu i dotyczą jedynie osób publicznie znanych. Zarówno tradycja ustna jak i dubrownickie archiwa odnotowały szereg niewyjaśnionych spraw, ściśle związanych z wyspą. Drugie tyle utworzyła ludzka fantazja, przypisująca klątwie szereg wydarzeń związanych z działaniem sił natury; gwałtownych sztormów, trzęsień ziemi itp. Tak przynajmniej twierdzi w swej książce „Dubrovnik - between history and legend” wytrawny znawca tych problemów, dubrowniczanin Marko Margaritoni.

Sam Wańkowicz, jeszcze w 1936 roku, spotykając się na miejscu z tą żywą legendą, pisał: „[…] Potem ktokolwiek bądź władał wyspą, popadał w nieszczęścia. Tak że kiedy Dalmacja po upadku Habsburgów, ostatnich władców Lokrum, dostała się rządowi jugosłowiańskiemu, nie było amatora, ani człowieka, ani urzędu, który by chciał objąć smutne dziedzictwo. Wreszcie udano się po rozum do głowy i oddano wyspę tym, których zły urok się nie chwyta – dzieciom. Na wyspie mieści się zakład ochroniarski i przedszkole. Po fantastycznych zatoczkach, gdzie morze wbiega chyłkiem przez sobie wiadome groty i przełęcze i zmieniając kolor zasila śródwyspowe jeziorka – pluszczą się małe, wesolutkie, wydołeczkowane ciałka.”

Może to i prawda, że tym sprytnym manewrem zniesiono wreszcie działanie benedyktyńskiej klątwy. Jednak sprawa Lokrum nie jest taka prosta, na co wskazują przypadki jej fatum w czasach znacznie wcześniejszych, niż wydarzenia z roku 1802. Jedna z najstarszych legend Dubrownika opisuje katastrofę okrętu wiozącego króla Anglii, Ryszarda Lwie Serce, który miał się rozbić u wybrzeży tej wyspy w 1192 roku, w czasie powrotu z wyprawy krzyżowej w Ziemi Świętej. Jako wotum dziękczynne za uratowanie się z tej opresji, Ryszard chciał ufundować w miejscu zdarzenia kościół. Obietnicy dotrzymał, chociaż nie dosłownie, gdyż zapobiegliwym dubrowniczanom udało się przekonać władcę dumnego Albionu, aby swój ślub zrealizował w samym Dubrowniku, a nie na Lokrum. I tak powstała świątynia, będąca podobno pierwowzorem późniejszej katedry w tym mieście. Oprócz osoby domniemanego fundatora, słynie ona także z bezcennego obrazu Tycjana „Wniebowzięcie Marii” i rzadkich relikwii, przechowywanych w świątynnym skarbcu: czaszki św. Błażeja – patrona miasta, drewna Krzyża Świętego i pieluszki samego… Jezusa Chrystusa.

Innym monarchą, którego statek roztrzaskał się o skaliste klify tej wyspy, był bośniacki król Tvrtko (XIV w.), który jako rozbitek znalazł schronienie w benedyktyńskim klasztorze na Lokrum.

Moi przyjaciele na pokładzie żywo dyskutują na temat wyspy, której obraz w międzyczasie rozmywa się coraz bardziej za rufą naszego jachtu. Przeważa opinia o przesadnym interpretowaniu wszystkich tych faktów. Nie mówię im zatem ani słowem o jeszcze jednym miejscowym przesądzie, związanym z działaniem klątwy. Żeglarzom przepływającym obok Lokrum pod żadnym pozorem nie wolno odwracać się i spoglądać na wyspę przez rufę, aby ich los nie stał się podobny do losu owych nieszczęsnych mnichów, którzy o brzasku poranka odpływali od małego nabrzeża zwanego Portocz, skazani na wieczny „niepowrót”.

Rakija, polski żur, pączki i tajemnice przeklętej wyspy

Jednodniowy pobyt w Kavtacie, dawnej antycznej kolonii Epidaurum, upłynął nam nie tylko pod znakiem słońca i krystalicznej wody w morzu, ale także rakiji, we wszystkich chyba jej miejscowych odmianach. Wygląda na to, że mieszkańcy tego najdalszego chorwackiego zakątka, tuż przy granicy z Czarnogórą, bardzo lubią mocne trunki. Owa lozovača, komovača, travarica i rogačica, czyli mniej lub bardziej domaca rakija a także domace vino (domace, czyli domowe), przesadnie degustowane, mogą, hm… na długo zapaść w pamięć. Zwłaszcza słodka rogačica, nalewka na strąkach szarańczynu, czyli chleba świętojańskiego. Ziarna tej rośliny zrobiły kiedyś światową karierę i na zawsze stały się symbolem wielkiego bogactwa. Natura wyposażyła je bowiem w bardzo ciekawą cechę; mają zawsze stałą wagę 0,2 g i dlatego używano ich w starożytności do ważenia kamieni szlachetnych i złota. Nazwa karat pochodzi właśnie od nasion drzewa świętojańskiego. 5-karatowy diament jest już brylantem, a złoto najczystszej próby określa się mianem 24-karatowego.

Tu, w pięknej zatoczce, w samym sercu Kavtat’u, z którego wyrosła dumna Ragusa, serwowaliśmy na obiad żur z kiełbasą, szynką i jajkiem na twardo, sporządzony na autentycznym domacim zakwasie, przywiezionym z Parska specjalnie w tym celu. To miał być prawdziwie polski, „żuromiłowy” dzień na jachcie. A jako że długo już byliśmy poza domem, po obiadku zackniło się za dobrym, swojskim deserem. Każdy podpowiadał coś innego; mnie zaś po głowie chodziły tylko pączki. Takie najprawdziwsze, tłuściutkie, świeżutkie i jędrne – pączki od Tycnera z Kościana. Z kwaśną marmoladką w środku i cukrową polewą na wierzchu, z drobnymi kawałkami kandyzowanej skórki pomarańczowej…

O, słodkie lenistwo nad pełnym słońca Adriatykiem! Odpędzam kaloryczne myśli i szybko wskakuję do morza. Woda jest bardzo ciepła, ale mimo to gwałtownie odczuwam różnicę temperatur, jaka występuje pomiędzy rozedrganym od upału powietrzem a krystalicznie czystą wodą w zatoczce. Kilka zdecydowanych ruchów ciała i już jest dobrze. Dopływam do kamienistego brzegu. Ostrożnie wychodzę na brzeg, omijając ostre krawędzie skał i długie kolce wszędobylskich jeżowców. Kładę się na spłachetku żwirowej plaży. W oddali małe domki, nieregularnie rozłożone na obrzeżu miasteczka. Każdy otoczony wysokim murem, zza którego widać wiecznie zielone szczyty drzewek, pełne dojrzewających cytryn i pomarańczy. Krągłych pomarańczy, jak pączki! W ustach skrzypią mi kryształki soli między zębami, a ja tu o słodyczach myślę. Szybko wracam na jacht.

Słono-gorzki posmak Jadranu (czyli Adriatyku) szybko usunęła dobrze wystała kavtacka travarica, czyli ziołowa odmiana rakiji. Wieczorny temat numer jeden to powrót do Dubrownika i planowana zmiana czarterowanego jachtu. Przyzwyczailiśmy się już do naszej „Visibaby”, więc perspektywa rychłego z nią rozstania trochę nas smuciła. Nowoczesna i wygodna „cyklada” daje się lubić. Na osłodę zostawało pocieszenie, że nowa jednostka będzie większa i wygodniejsza. A dla mnie następny dzień będzie najważniejszym wydarzeniem rejsu. Przygotowywanym i planowanym od dawna. Rano płyniemy na Lokrum!

Już z daleka doskonale widoczne są wysokie, wapienne klify wyspy przeklętej. Podchodzimy bliżej. Zapada decyzja, aby obejść ją dookoła, zanim znajdziemy odpowiednie miejsce do zakotwiczenia. Teraz widać, dlaczego wyspa może być niebezpieczna. Z daleka kusi łagodnością swojej zieleni. Ale nie daj Boże znaleźć się tu w czasie sztormu, do tego jeszcze z ostrym wiatrem od rufy, spychającym cały czas na nieprzystępne skały nabrzeża. Jedna z tajemnic wyspy zostaje szybko rozwikłana. Po prostu, na Lokrum nie ma zupełnie łagodnego brzegu. Żadnych plaż, wszędzie niedostępne, skaliste klify.

Po zachodniej stronie wyspy jawi się nam nagle wielka, „trapezowata” wyrwa w skale. Jaskinia ma jakieś 20 metrów wysokości i jest doskonale widoczna z daleka. A więc wstąpiłem na tropy Wańkowicza: „[…] Jedziemy mimo groty, w której ongiś fizyk Marino Getaldi, zwany Mago Bete, robił doświadczenia z ogniami greckimi. Przez nieostrożność kiedyś spalił przejeżdżającą barkę rybacką i ludność aż dotąd pono tę grotę omija.” I my obchodzimy ją ostrożnie, ale raczej ze względu na nieprzystępne skały, niż zagrożenie atakiem roztrzepanego dubrownickiego wynalazcy sprzed paru wieków. A musiała to być tęga głowa. Marin Getaldić (z łacińska znany jako Ghetaldus) należał do światlejszych umysłów swoich czasów (1568-1626). Studiował we Włoszech, Anglii i Belgii, był uznanym matematykiem, fizykiem i optykiem. Przyjaźnił się z Galileuszem i Edmundem Halleyem (tym od komety). Skonstruowane przez niego wielkie, paraboliczne zwierciadło (o przekątnej 66 cm) do dziś jest ważnym eksponatem w Brytyjskim Muzeum Morskim w Greenwich. Jego grota stała się natomiast dużą atrakcją turystyczną. Skały wokół niej roją się od śmiałków, którzy z pobliskich zboczy skaczą wprost do morza. Wyjście na brzeg nie jest już takie trudne, jak przed laty, bo dla ich wygody zainstalowano kilka… metalowych drabinek, ułatwiających wydostanie się z wody na wysoki próg skalny. I co na to Ryszard Lwie serce, który walczył o życie u brzegów Lokrum? Przybrzeżne wody roją się od motorówek i statków wycieczkowych, które co rusz dowożą nowych turystów na wyspę. Wybieramy wschodnie, łagodniejsze wybrzeże i podchodzimy do małej, kamiennej przystani u podnóża poklasztornej wieży. To zapewne osławiony Portocz, z którego odpłynęli ostatni benedyktyńscy zakonnicy. Wygląda przyjaźnie, ale w miarę zbliżania się do nadbrzeża pojawiają się alarmujące wskazania sonaru. Płytko, bardzo płytko! W przezroczystej wodzie widać potężne, podmorskie głazy, wystające jak głowy cukru ze skalistego dna. Oj, niedobrze! Sonar może „nie widzieć” tego niebezpieczeństwa. Szybko odchodzimy od kei. Odkrywamy drugą tajemnicę wyspy – nieprzyjazne, wręcz niebezpieczne dno w bezpośredniej bliskości brzegu.

Podchodzimy do oznakowanego kotwicowiska w płytkiej, skalistej zatoczce. Niestety cumuje tu już kilka jachtów, a wodne taxi co chwilę podpływają do pomostu przy budynku muzeum. Tłoczno i gwarno. Brzeg wyspy równie skalisty i niedostępny, ale w miarę łagodny. Miast plaży, skalne tarasy z wygodnym zejściem do wody – z metalowymi drabinkami – jak w pobliżu groty Mago Bete. Wokół sielskie, wręcz rajskie widoki. Wieczna zieleń, lazur morza, śpiew niezliczonych ptaków i … stada pięknych „nereid”, wygrzewających się na pobliskich skałach lub kąpiących w morzu. Tak, teraz mam pewność, że Arnold Böcklin musiał tu być przed nami. Na kamiennych plażach – swoistych solariach Lokrum, panuje niczym nieskrępowana natura, a kąpiele tak w słonecznych promieniach, jak i w wodzie morskiej (istna „Zabawa w falach” Böcklina) odbywają się bez zbędnej, tekstylnej osłony.

Obiecujemy sobie spróbować tego wszystkiego po południu. Póki co jednak, szybki obiad – wczorajszy żur był jeszcze lepszy – i trójka śmiałków przygotowuje ponton do spuszczenia na wodę. Druga połowa załogi zostaje na pokładzie. Zastanawiam się, czy to obawa przed klątwą, czy coraz lepsze widoki „naskalne” zniewalają pozostałych. Po pięciu minutach dobijamy do marmurowego progu. Przy małej fali wydostanie się na brzeg nie stanowi większego problemu, ale niech tylko trochę zawieje, a przybój stanie się większy. Strach pomyśleć, jak może wyglądać wdrapywanie się na te skałki w czasie sztormu!

Widok z wysokiego brzegu wyspy na jacht stojący w zatoce, zapiera dech w piersiach. Jak tu jest pięknie! Jasna toń przybrzeżnej płycizny, usiana drobnymi, podwodnymi skałkami, szybko przechodzi w lazur, a potem granat głębiny. Wysoki brzeg pobliskiego lądu zdaje się być nagą pustynią w porównaniu z rajską roślinnością wyspy. Tutejsza zieleń aż bucha swoją wieczną witalnością. Odnajdujemy kamienną ścieżkę i podążamy nią w głąb raju. Drewniana tablica na poboczu informuje: Rezerwat Lokrum, Dobrodošli, Welcome. Pojawia się pani z folderami i biletami. Kupujemy bilet do raju. Niedrogo; 5 kuna, czyli jakieś 2 złote z groszami.

Chwilę później docieramy do kompleksu klasztornego. Wzdłuż murów równe szeregi wiekowych cyprysów i kamienne lapidarium. Surowość lica romańskiego muru osłabiają kwitnące wszędzie różowe oleandry. Wchodzimy do wnętrza. Stylowe krużganki obiegają słoneczne patio. Wszędzie niepohamowana, tropikalna roślinność: pierzaste palmy, agawy, tulipanowce i kwitnące opuncje. Części romańskich sklepień, które zawaliły się podczas dawnego trzęsienia ziemi, już nie odbudowano; stanowią one romantyczną ruinę, obrośniętą pionierską roślinnością ruderalną. Wydaje się, iż czas mógł tutaj zatrzymać się na lata całe. Rozglądam się – mimo świadomości funkcjonowania klątwy – czy gdzieś nie przemknie czarny, benedyktyński habit, albo kosztowna liberia arcyksiążęcego lokaja. Zamiast tego, niestety, mocny dysonans. W części ogrodowej klasztoru założono kawiarnię i plastikowe krzesła zupełnie nie harmonizują z wiekowymi kolumnami i kamiennymi detalami murów, świadectwem kunsztu romańskich budowniczych. Szybko wycofujemy się do przedsionka. Na stoliku, w chłodzie kamiennej niszy, spoczywa opasła księga gości. Pozostawiam swój pisemny ślad na Lokrum.

Pytamy o drogę nad słone jeziorko wewnątrz wyspy. Przewodnik tłumaczy coś zawile, gdy jego słowa przerywa nagle przeciągły śpiew pawia. Niespodziewanie otrzymujemy niezwykłą pomoc. Wystarczy kierować się tym głosem, aby bezbłędnie trafić na miejsce, bo ptaki te upodobały sobie szczególnie okolice słonego jeziora. I rzeczywiście. Przemykamy przez stylowy ogród, którego alejki profilują strzyżone, bukszpanowe żywopłoty, a potężna, kilkusetletnia pierzasta palma, z racji swej wielkości, dawno już przestała konkurować o życiodajne światło z zadbanymi, szlachetnymi drzewkami laurowymi. Rzadki piniowy lasek otacza świetlistą przestrzeń małego zbiornika, jak gdyby wykutego w skalnym podłożu. To słynne Martwe Morze na Lokrum. Słonawa, cieplutka woda zachęca do kąpieli. Podobno z racji jego zasolenia nie można się tutaj utopić, ale ja bym nie próbował. Wody Adriatyku są znacznie bardziej zasolone, a o wypadek nie trudno. Kilka pawi kontynuuje swoją żałosną pieśń, przysiadując na grubszych konarach drzew. Inne łaszą się do nóg turystów, dopraszając ustawicznie nowych smakołyków. Pełna idylla… Siadam nad kamienistym brzegiem jeziorka wykładanym marmurowymi otoczakami i zastanawiam się, dlaczego tak przepiękne miejsce, istny raj na ziemi, ma w istocie tak smutną historię.

Wracamy na brzeg. Widzę nasz jacht i resztę załogi, oddającą się boskiemu przywilejowi lenistwa. W kiosku z pamiątkami kupujemy pocztówki do znajomych. Mój wzrok pada na stos świeżej prasy z lądu. „Slobodna Dalmacija” wielkimi czcionkami na pierwszej stronie donosi: „Carsko otkriće! Pronaden sarkofag imperatora Dioklecjana”. Jeszcze jedna wielka antyczna zagadka zostaje wyjaśniona. W splickim muzeum zidentyfikowano porfirowe odłamki rzeźb, leżące tam w zapomnieniu od 1922 roku, jako oryginalne fragmenty sarkofagu cesarza Dioklecjana, tego samego, którego pałacowymi gośćmi byliśmy pierwszego wieczoru w Splicie.

Zrealizowałem wakacyjne zamierzenia. Podążałem wańkowiczowskim tropem przez kilka ostatnich dni. Jutro zamienimy naszą „Visibabę” na większy i wygodniejszy katamaran oceanicznej klasy „Lagoon 380”. W następnym tygodniu weźmiemy kurs na Szybenik i Wyspy Kornackie. Po drodze zahaczę jeszcze o ostatni melchiorowy wątek tej wyprawy: „[…] wyspę, na której nie ma wody, w morzu za to cztery źródła słodkiej wody biją; tam mieszkańcy biorą wodę i koło tych kluczy z dna bijących roi się od langustów”. Znalazłem to miejsce na mapie i w locji.

Odpływamy od brzegów wyspy. Staram się nie patrzeć za siebie, aby nie popaść w wieczny niepowrót. Tymi słowami żegnał się dokładnie 70 lat temu Wańkowicz z Rogowskim na dubrownickim nabrzeżu. Na redzie portu czekał nowiutki nabytek i duma polskiej floty – „Batory”. Oczyma wyobraźni widzę ich na przystani Gruz. Parę lat później rozpęta się I I wojna światowa. Luksusowy pasażerski motorowiec zostanie zamieniony w transportowiec dla wojska i szczęśliwie przetrwa lata wojennej zawieruchy. Wańkowicz będzie na jego pokładzie pływał jeszcze kilka razy i w końcu, po 18 latach emigracyjnej tułaczki, w 1958 roku powróci „Batorym” do Gdyni. Mam nagranie z fragmentem radiowego wywiadu, którego wówczas udzielił, schodząc po trapie „Batorego”.

A jego dubrownicki towarzysz, ów „czarny peleryniarz” Rogowski? Pozostał już na zawsze w Dubrowniku. Tam też zmarł w 1954 roku. Niestety, w biedzie i zaniedbaniu. Pocieszające jest jednak, iż mimo opinii nieszkodliwego dziwaka, jaką cieszył się w ostatnich latach swojego żywota, doczekał się pośmiertnego uznania ze strony przybranej ojczyzny. Był ostatnią osobą w Dubrowniku, której żałobny kondukt przeszedł Stradunem, reprezentacyjna ulicą starego miasta. Pochowano go na dawnym, pięknym cmentarzu Boninovo nad zatoką Danće, niedaleko benedyktyńskiego klasztoru św. Jakuba, w którym mieszkał od lat. Roztacza się stamtąd piękny widok na Lokrum. Jego osoba i dorobek popadły w wieloletnie zapomnienie. Ponowne „odkryto go” dopiero w latach 90-tych ubiegłego stulecia. Staraniem władz Dubrownika i polskiej ambasady w Zagrzebiu odnowiono uszkodzony nagrobek. Ludomir Rogowski stał się patronem dorocznych Dni Polskich w Dubrowniku.

Wańkowicz tak zapamiętał klasztorne lokum kompozytora: „[…] Klasztor, do którego przywozi mnie Rogowski, klasztor będący jego domem, a zbudowany w X I wieku [w XII I w.; GN] przez benedyktynów, jest pusty już od 100 lat. Jest on zarezerwowany jako szpital w razie wybuchu epidemii. Cóż za zabytki średniowiecznych ostrożności – z czasów, kiedy czarne powietrze wymarzało ludność pokotem.

Na tych atawizmach na czysto zarabia polski kompozytor, bo miasto utrzymuje w klasztorze stróża i daje jaki taki remont. Za swoje misterium o świętym Błażeju, patronie Dubrownika, otrzymał Rogowski dożywotni kąt.

Wychodzimy wąskimi kamiennymi stopniami z morza w ogród pełen oliwek, cyprysów, agaw, chleba świętojańskiego, fig. Ogarnia nas chłód wirydarzy. Zegar słoneczny na spatynowanej ścianie wskazuje uporczywie czas, jak nieszkodliwy maniak. Czas z tego klasztoru odszedł”.

I mnie się teraz wydaje, że czas odszedł w niepamięć. Mimo wszystko spoglądam jeszcze raz na Lokrum. W promieniach zachodzącego słońca wyspa wydaje się jeszcze piękniejsza. Niepomny klątwy, wdrapuję się na śródpokład „Visibaby” i przez lornetkę podziwiam odległą perspektywę wyspy. Nagle jej obraz ginie za nieprzepuszczalną zasłoną. To wiatr poruszył polską banderką umocowaną na topenancie bomu i przesłonił mi widok. Chyba jednak nie powinienem oglądać się za siebie.

Grzegorz Nowak

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       projekt i wykonanie: primel.pl