rodo

Bliskowschodni wątek Brunatnego Barona

Wrześniowa, 66. rocznica wybuchu II wojny światowej, skłania do refleksji nad przyczynami powstania tego największego konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości. Nazistowskie Niemcy, rozzuchwalone zagarnięciem Austrii i Czechosłowacji, zaczęły realizować zbrodniczą doktrynę Adolfa Hitlera „rozszerzenia niemieckiej przestrzeni życiowej na wschód”.

Na drodze do urzeczywistnienia tego celu stała Polska, w której od listopada 1938 roku istniało największe skupisko ludności pochodzenia niemieckiego w Europie. Polityczna aktywizacja tej grupy, w celu dokonania irredenty, miała być jednym z ważniejszych elementów przygotowania inwazji niemieckiej na nasz kraj. Do tego zadania zmobilizowano wszystkie niemieckie organizacje mniejszościowe na Śląsku, Pomorzu i w Wielkopolsce. W planach tych poważną rolę odegrał syn właściciela majątku Parsko pod Kościanem, Gero von Gerstorff, na co pierwszy zwrócił uwagę klasyk polskiego reportażu Melchior Wańkowicz, jeszcze w 1940 roku.
Po ponad 40 latach wątek ten pojawił się ponownie… na Bliskim Wschodzie.

Niemiecka mniejszość II Rzeczypospolitej
W drugiej połowie lat 30-tych wewnętrzna sytuacja polityczna mniejszości niemieckiej w Polsce nie była tak klarowna jak w krajach ościennych, a zwłaszcza w Czechosłowacji. W poszczególnych rejonach kraju funkcjonowały odrębne organizacje skupiające polskich obywateli niemieckiego pochodzenia: na Śląsku Volksbund, w Polsce centralnej i wschodniej, obejmującej ziemie byłego zaboru rosyjskiego – Volksverbund, a w Wielkopolsce oraz na Pomorzu – Deutsche Vereinigung (DtV) z Halsem Kohnertem na czele. Do tego nie posiadali oni wspólnego reprezentanta na forum ogólnym. Sytuację zagmatwało jeszcze bardziej powstanie czwartej organizacji – Jungdeutsche Partei (JdP), której przywódca Rudolf Wiesner rościł sobie pretensje do występowania w imieniu całej mniejszości niemieckiej. Na tym tle spory i zatargi między trzema pierwszymi związkami – tzw. „starymi”, a JdP trwały do wybuchu wojny. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy była nieustanna ingerencja Berlina w sprawy mniejszości niemieckiej nad Wisłą i Wartą. Istniała swoista polityka, uprawiana na najwyższych szczeblach III Rzeszy, dzięki której niektóre ośrodki dyspozycyjne wspierały tylko „stare” stronnictwa, inne natomiast faworyzowały JdP. Walka o zdobycie hegemonii przez Wiesnera nie przyniosła spodziewanego efektu i w rezultacie nigdy nie utworzono w Polsce (na szczęście) jednolitej partii mniejszościowej, którą w Berlinie planowano dla odmiany nazwać Bund der Deutschen In Polen (Związek Niemców w Polsce).
Wewnętrzne rozgrywki personalne, walki o przywództwo i eliminacja rywali nie były jednak przeszkodą w zorganizowanej, antypolskiej aktywności obozu niemieckiego w Polsce, który w tym czasie zaczął być określany w nazistowskiej terminologii jako Volksgruppe, czyli „niemiecka grupa narodowościowa”. Nie była to formalna zmiana określenia. Powstała nowa rzeczywistość, w której większość Niemców w Polsce przestała uważać się za obywateli polskich narodowości niemieckiej, lecz zaczęła domagać się traktowania ich jako części narodu niemieckiego, przynależnego do III Rzeszy, z którą łączyło ją nie tylko pochodzenie etniczne, ale również ideologia narodowo-socjalistyczna i uznanie wspólnego wodza – Adolfa Hitlera. Określenie to, podobnie jak tzw. Volksdeutsch – „Niemiec zagraniczny lub etniczny” – oznaczały w nowej nomenklaturze, że osoba taka, posiadająca inne obywatelstwo: np. czechosłowackie, litewskie czy polskie, nie powinna być tym faktem w żaden sposób skrępowana. Nadrzędną racją każdego volksdeutscha był bowiem interes Rzeszy Niemieckiej.
Brunatny Baron
Gero von Gersdorff, jedyny syn Rudolfa Georga, właściciela majątku Parsko pod Kościanem, urodził się 11 listopada 1909 roku w Oleśnicy (niem. Ohlau) na Śląsku. Absolwent uniwersytetów w Berlinie i Heidelbergu z tytułem doktora nauk politycznych, od 1935 roku, po powrocie do Polski, oficjalnie działał w Deutsche Vereinigung, najpierw jako działacz regionalny w Poznaniu, a następnie kierownik biura w Centrali Zjednoczenia w Bydgoszczy. Faktycznie był to jeden z bezpośrednich animatorów działań niemieckiej V Kolumny w Bydgoszczy i na Pomorzu. Po kampanii wrześniowej został mianowany, podobno przez samego Hitlera, do stopnia SS-Sturmbannführera (odpowiednik majora) oraz Hj-Bannführera, okręgowego przywódcy chorągwi Hitlerjugend „Lissa-Kosten” (Leszno-Kościan). Pomimo młodego wieku, dość szybko wyrobił sobie znaczącą pozycję w kręgach kościańskich Niemców. Dowodem tego może być chociażby jego przemówienie w dniu 17 grudnia 1939 na rynku śmigielskim (wespół z pochodzącym z Oborzysk Starych generałem artylerii Petzelem i burmistrzem Hentschelem), podczas nazistowskich uroczystości pogrzebowych Niemców ze Śmigla, którzy zginęli we wrześniu tego roku, m.in. w trakcie internowania. Poległ na froncie wschodnim pod Moskwą, w grudniu 1941 (zainteresowanych szczegółami odsyłam do numerów 1-4, 5-10 i 11-12 „Wiadomości Kościańskich” z roku 2004 oraz nr 3 Gazety Kościańskiej z 19.01.05).
Max von Lorenz, ziemianin z Kurowa – przyrodni brat ostatniego pruskiego landrata kościańskiego Bernarda von Lorenza – pełniący w 1943 roku ten sam urząd z hitlerowskiego nadania, ogłosił w październiku tego roku w ukazującym się w czasie wojny w Kościanie miesięczniku „Kostener Heimatblätter” (dosł. „Kościańskie Listy Ojczyźniane”), swoisty panegiryk pochwalny na cześć nieżyjącego już wówczas Gero von Gersdorffa:
„[...] Po powrocie do niej [do Polski; przyp. GN] oddał się do dyspozycji powstałego w międzyczasie Deutsche Vereinigung. Po krótkim okresie działania w Poznaniu został Gero w roku 1935 powołany przez wodza tego ruchu, dr. Hansa Kohnerta, jako jego prawa ręka do pracy w Centrali Zjednoczenia w Bydgoszczy. Tu znalazł się Gero na właściwym miejscu. Bardzo szybko zrozumiał, o co chodzi przywódcom narodowościowym w naszym kraju. Podczas apelu końcowego jego organizacji w Bydgoszczy, w styczniu 1940 roku, dał temu wyraz w następujących słowach:
„Dla nas było jasnym, że wielkie cele stojące przed nami mogą być osiągnięte jedynie przez to, iż zostają one wpojone siłą [w oryginale: Einhämerte – dosłownie: wbicie młotkiem] możliwie jak najliczniejszym ludziom naszej krwi, jedynie dzięki temu, że walka o życie naszej grupy narodowościowej stanie się sprawą serca każdego Niemca, jedynie dzięki temu, że każdy Niemiec wciągnięty zostanie do pracy narodowościowej. Droga do tego celu prowadziła przez pracę i jeszcze raz pracę, oznaczała twardą próbę męstwa dla pojedynczych Niemców i dla całej naszej wspólnoty. Istniał statut, od nas zależało, by z nim coś konkretnego zrobić.”
Już pobieżna analiza tego przemówienia daje nam do zrozumienia, jakim typem człowieka był młody von Gersdorff. Wpajanie siłą, czy wręcz „wbijanie młotkiem” idei narodowego socjalizmu opornym Niemcom nie wróżyło niczego dobrego ani jego rodakom, ani tym bardziej Polakom.
I znowu za Maxem von Lorenzem z „Kostener Haimatblätter”, ale tym razem słowami pierwszego hitlerowskiego landrata kościańskiego i zarazem powiatowego przywódcy partii NSDAP Helmuta Liese'go, z przemówienia wygłoszonego na cześć Gero von Gersdorffa na capstrzyku partyjnym, jaki odbył się w grudniu 1941 roku w szynku Langnerów w Olszewie (niem. Wulsch) koło Starego Bojanowa (zapewne już po otrzymaniu wiadomości z frontu o jego śmierci):
„[...] Niestrudzenie wędrowałeś po niemieckiej wioskach i dworach tego kraju, bez przerwy biłeś w bęben, by obudzić śpiących i uczynić wątpiących silnymi. Powoływałeś do życia jedną po drugiej grupy miejscowe, podczas więcej niż tysiąca zebrań, pełnymi entuzjazmu słowami, z pełnym sercem, pozyskiwałeś ludzi niemieckich. Nie ulegałeś trudom, pełnej wyrzeczeń pracy codziennej, gdy musiałeś walczyć z wrogimi polskimi władzami. Powtarzając bez przerwy, wpajałeś ludziom twojej krwi wiarę w Niemcy i w wyzwolicieli, a jako narodowościowy przywódca mówiący niemieckim językiem nie ustałeś, aż skierowałeś wzrok wszystkich swoich towarzyszy na naszego wyjątkowego Fürera [Adolfa Hitlera]. To głównie Ty skupiłeś niemiecką młodzież tego kraju, do ich młodych i gotowych do wiary serc wrzuciłeś ziarno naszego narodowosocjalistycznego światopoglądu, które dziś, dzięki twojej niestrudzonej pracy wydało w tym kraju tak cudowny plon.”
Jak widać, praca związkowa była tylko przykrywką dla jego rzeczywistych, destrukcyjnych i dywersyjnych poczynań w Polsce. Polski wywiad dość szybko zorientował się w rzeczywistej roli młodego barona. Aresztowanie polskiego obywatela i oficera rezerwy pod zarzutem działalności wywrotowej, w przypadku udowodnienia mu winy, powinno skończyć się procesem i wyrokiem skazującym. Jednak pod koniec lat trzydziestych naciski mocarstw zachodnich na Polskę, aby nie drażnić Hitlera i nie zaogniać napiętych już i tak do granic możliwości stosunków polsko-niemieckich, były na tyle skuteczne, że nawet ciężkie przestępstwa przeciwko państwu karane były co najwyżej wydaleniem z kraju bądź kilkumiesięcznym aresztem. Tak stało się i w przypadku Gero von Gersdorffa.
„[...] Nigdy jednak nie utracił ufności i silnej wiary w swą sprawę, nawet wówczas, gdy został przez Polaków aresztowany i musiał w więzieniu spędzić całe miesiące” (Max von Lorenz).
Wybuchła wojna. 1 września von Gersdorff, wraz z Hansem Kohnertem, prezesem DtV, został internowany przez polską policję i w kolumnie Niemców bydgoskich – podobnie jak jego ojciec Rudolf w Kościanie – opuścił miasto pod konwojem. W połowie miesiąca, pod Łowiczem, jego grupa spotkała się z Niemcami kościańskimi. Od nich Gero dowiedział się o śmierci ojca w czasie przemarszu. Tutaj też odbiły ich z rąk polskich pancerne czołówki Wermachtu.

Kłopoty mniejszościowych działaczy
Świeżo upieczony dziedzic Gero Wolf Rudolf baron von Gersdorff, wrócił do rodzinnego majątku. Już nie do Parska, bo szybko przechrzczono wieś, nadając jej nową, hitlerowską nazwę – Gersdorf. Jednak wiele wskazuje na to, iż pobydgoski okres nie był dla niego najlepszy. Nazistowskie władze pozornie nagrodziły jego dotychczasową wierność narodowosocjalistycznym ideałom. W rzeczywistości w hitlerowskich Niemczech nie bardzo wierzono ludziom, którzy już raz zdradzili swoją ojczyznę (Gersdorff był przecież obywatelem Polski i przedwojennym, polskim oficerem rezerwy). Żaden z przywódców organizacji mniejszościowych nie odegrał po tzw. „wcieleniu ziem” do Rzeszy istotnej roli w dalszym życiu politycznym i w administracji. Można zauważyć, że ich pozycja była nieproporcjonalnie niska wstosunku do żywionych oczekiwań i aspiracji, a wszystkie eksponowane stanowiska administracyjne i partyjne zajęli zaufani prominenci z Niemiec. Tak było w powiecie kościańskim, gdzie funkcje landrata i szefa hitlerowskiej partii NSDAP objął młody nazista z Nadrenii, Helmuth Liese. Gersdorffowi pozostała na osłodę działalność w organizacji Hitlerjugend i praca w rodzinnym majątku. Tu napisał następną książkę o swojej walce przeciwko polskiemu narodowi.
Niemka Walburg Lehfeldt, właścicielka (od 1945 roku) majątku Powodowo koło Wolsztyna („Majątek Lehfelde”, Warszawa, 1996, z przedmową Andrzeja Szczypiorskiego), uznana przez polską recenzję za szczerą i obiektywną wobec spraw Polski, w swoich wspomnieniach potwierdza całą sytuację: „[...] byli przywódcy niemieckiej mniejszości narodowej nie mieli dużych wpływów w nazistowskich urzędach. Nie byli już potrzebni, próbowano się ich pozbyć. Dla nazistów ich postawa była zbyt chrześcijańska, nie byli też wystarczająco rygorystyczni wobec Polaków i Żydów.”
Te ostatnie stwierdzenia są dość kontrowersyjne – zwłaszcza w kontekście szczególnej aktywności lokalnych Niemców w Wielkopolsce. Jednak w tym względzie opinia pani Lahfeldt nie może być obiektywna, gdyż jej mąż Dietz był nie tylko aktywnym działaczem DtV, ale znał się osobiście z prezesem Zrzeszenia Hansem Kohnertem (a więc z Gersdorffem zapewne też). W okresie ponorymberskim Walburg Lehfeldt, jako osoba pozostająca w czasie wojny, z racji swoich koneksji i pewnych osobistych kłopotów, w częstych kontaktach ze znaczącymi oficerami Abwehry, z admirałem Canarisem na czele (zaliczonymi później przez zachodnich aliantów do tzw. niemieckiego ruchu oporu), świadczyła przed angielskimi władzami okupacyjnymi na rzecz Hansa Kohnera i przyczyniła się do jego uwolnienia – z kolejnego już – internowania oraz pozytywnego zakończenia procesu tzw. denazyfikacji.
„[...] Od 30 kwietnia do 4 maja [1947] byłam w Berlinie. Powodem była wiadomość, że nasz przywódca mniejszości niemieckiej z czasów polskich, dr Kohnert, został aresztowany przez Anglików, gdyż wbrew swojej woli za zasługi dla niemieckiej mniejszości narodowej mianowany został przez Hitlera SS-Oberfürerem. Dr Kohnert, volksdeutsch z Prus Zachodnich, został, podobnie jak wielu innych, w dniu wybuchu wojny w 1939 roku aresztowany przez Polaków w Bydgoszczy i po wydarzeniach krwawej niedzieli wypędzony aż w okolice Warszawy [Łowicza]. Gdy wraz z innymi Niemcami [m.in. von Gersdorffem] wyzwolony został przez Wehrmacht, przez przypadek potrącił go niemiecki czołg. Z polecenia Hitlera został przetransportowany samolotem do profesora Sauerbrucha [do kliniki w Berlinie], który musiał amputować mu nogę. Kiedy obudził się z narkozy, nominacja została już dokonana. Był to jednak tylko tytuł, nie związany z żadną funkcją. W latach 1940 i 1941 doprowadziłam do spotkania doktora Kohnerta, który bardzo się za nami wstawiał, gdyż znał Dietza z jego działalności na rzecz mniejszości niemieckiej, z Canarisem i Abwehrą. Byłam też świadkiem kilku rozmów, podczas których doktor Kohnert wyrażał się z oburzeniem i zaniepokojeniem o okropnych czynach SD i SS i sam prosił Canarisa o pomoc dla innych zagrożonych osób. Ponieważ wszyscy członkowie ruchu oporu, których zanłam i którzy byli świadkami tych rozmów, zostali do tego czasu wymordowani przez SS, byłam jedyną osobą, która mogła świadczyć na korzyść doktora Kohnerta. Pojechałam więc do Berlina i próbowałam za pośrednictwem adwokata i obrońcy członków ruchu oporu, pana doktora Rudolfa Dixa [podczas Procesu Norymberskiego obrońca Hjalmara Schachta, ministra ekonomii i prezesa Banku III Rzeszy], dotrzeć do angielskich sądów.
[...] Dr Kohnert opowiadał mi później, że wkrótce został przesłuchany w kwestii mojej osoby i po krótkim czasie zwolniony z obozu dla internowanych.” (W.Lehfeld, „Majątek Lehfelde”, 1996).
Dosyć anegdotycznie brzmi w tym wszystkim historia o mianowaniu Kohnerta na wysoki stopień w SS „poza jego świadomością” (SS-Oberfürer nie miał odpowiednika w polskiej hierarchii stopni wojskowych. Można go tłumaczyć jako brygadiera. W gradacji stopni SS był ostatnim z wyższych stopni oficerskich, tuż przed nominacjami generalskimi). Zresztą historia z narkozą jest mocno naciągana – Kohnert operowany był co najwyżej pod koniec września 1939, a awans otrzymał 13 listopada tego roku. Już nie w narkozie odbierał Kohnert z rąk Herinricha Himmlera na zamku Ordensburg „Vogelsang” w Wawelsburgu, gnieździe pseudogermańskich mitów i mistycznych mrzonek, unikalny prezent – Totenkopfring der SS – honorowy pierścień SS. Wyróżnienie to było w nazistowskich Niemczech bardzo cenione i niezwykle elitarne, indywidualnie datowane i numerowane, zdobne w symboliczne runy oraz grawerowane faksymile podpisu SS-Reichsfürera. Wszystkie nadania pierścieni i szpad honorowych SS były skrupulatnie odnotowywane w dorocznych tzw. listach starszeństwa oficerów tej zbrodniczej formacji. W przypadkach takich wyjątkowych zaszczytów nie można być mowy o „nieświadomym” ich odbieraniu. Nie były to zresztą jedyne wyróżnienia byłego prezesa DtV w czasach III Rzeszy. W latach 1939-45 uhonorowano go nadaniami ziemskimi i dwoma bardzo wysokimi odznaczeniami - Wojennym Krzyżem Zasługi I klasy oraz Krzyżem Rycerskim tegoż orderu. Jako członek NSDAP (nr legitymacji 7848301; SS – 356871) posiadał zaszczytną, złotą odznakę tej partii, nadaną mu przez samego Adolfa Hitlera. Zaiste mocna musiała być i długotrwała narkoza; niestety dotknęła ona także wielu innych Niemców tamtej epoki. Dziś słyszymy coraz częściej o konieczności uznania cierpień narodu niemieckiego w czasie II wojny światowej, (np. sprawa tzw. wypędzonych), niewątpliwie ciężkich i rzeczywistych, jednak bez właściwego kontekstu ich powstania, a przede wszystkim przyczynowego, niezaprzeczalnego sprawstwa hitlerowskich Niemiec w bezprecedensowym konflikcie wojennym w historii świata, w latach 1939-45.
Karol Grünberg w swoim opracowaniu „Niemcy i ich organizacje polityczne w Polsce międzywojennej” (1970) tak charakteryzuje sylwetkę Hansa Kohnerta, szefa i przyjaciela Gero von Gersdorffa:
„[...] Przewodniczącym utworzonego [już w RFN] przy Ziomkostwie Prus Zachodnich zespołu zajmującego się badaniem stosunków w Polsce jest Hans Kohnert, wytrwały propagator idei hitlerowskich, w szeregach Deutsche Vereinigung, której był organizatorem i prezesem, wyróżniony został przez Hitlera złota odznaką NSDAP i złotą odznaką Hitlerjugend, stopniem Oberfüurera SS oraz nagrodzony majątkiem ziemskim pod Inowrocławiem. W okresie powojennym Kohnert wyróżnił się jako organizator i rzecznik Ziomkowstwa Westpreussen. Jego aktualne, odwetowe wystąpienia niewiele się różnią w treści od frazeologii o wyzwoleńczej i cywilizacyjnej misji Niemców w Europie, którą operował on już w latach trzydziestych, gdy mobilizował Deutsche Vereinigung do walki przeciwko Polakom.”
Duet Kohnert-Gersdorff doskonale się rozumiał. Jeszcze przed wojną (1937) wspólnie opublikowali w Bydgoszczy swoisty manifest, adresowany do mieszkających w Polsce Niemców – „Wille zur Einheit” („Chęć do jedności”). Inteligentni, wykształceni (obaj z doktoratami) i dobrze przygotowani do działań agitacyjnych, wiedzieli, jak rzetelnie wykonywać polecenia berlińskich mocodawców. Postać Gero von Gerdorffa, wykształconego i zaangażowanego nazisty, jest typowa dla owych czasów i niewątpliwie rzuca cień na historię tej niemieckiej ziemiańskiej rodziny, związanej z Ziemią Kościańską przez prawie całe stulecia (1863-1945). Rodziny, której ciekawa historia warta jest osobnego opracowania i która wydała cały szereg wybitnych postaci życia kulturalnego, politycznego i naukowego w historii Niemiec. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj oczywiście generał Rudolf-Christoph von Gersdorff, wnuk pierwszego właściciela majątku Parsko – Rudolfa Ernsta, zamachowiec na życie Hitlera z berlińskiego Arsenału (więcej: Gazeta Kościańska nr 3 z 19.01 br.), a wcześniej – jeden z pierwszych niemieckich oficerów, który dotarł do Katynia i nagłośnił sprawę mordu polskich oficerów.

Bliskowschodnia ścieżka
W 1968 roku rabin Meir Kahane utworzył w Stanach Zjednoczonych partię pod nazwą Liga Obrony Żydów (JDL), której początkowo głównym celem była ochrona żydowskich osiedli w Nowym Jorku przed atakami uzbrojonych murzyńskich i portorykańskich gangów. W późniejszym okresie ruch ten przyjął program globalnej ochrony interesów Żydów na całym świecie, jednak nigdy nie znalazł poparcia wśród syjonistycznych organizacji, tak w USA, jak i w samym Izraelu. W następstwie przeprowadzonych przez JDL zamachów i napadów, kilku członków tej partii zostało w 1969 roku osądzonych i skazanych na wieloletnie wyroki, a jej twórca rabin Kahane wyemigrował do Izraela, pociągając za sobą najbardziej oddanych mu zwolenników. W nowym miejscu szybko powołał do życia partię Kach (z hebr. tylko w ten sposób), której głównym przesłaniem stało się dążenie do usunięcia z terenu Izraela wszystkich obywateli arabskiego pochodzenia. Działalność ta miała dość słaby oddźwięk i dopiero w 1982 roku Kahane dostał się do izraelskiego parlamentu (Knesetu) i to dzięki dość spektakularnemu działaniu mediacyjnemu, którego celem było, udane zresztą, skłonienie grupy żydowskich ekstremistów z Jamit do zaniechania popełnienia zbiorowego samobójstwa i wyjazdu z półwyspu Synaj. Program partii miał tak zdecydowanie rasistowski charakter, że Kneset dokonał specjalnej regulacji izraelskiego prawodawstwa, aby w wyborach w roku 1988 partia ta nie mogła już uczestniczyć. Dwa lata później Meir Kahane został zastrzelony w Nowym Jorku przez islamskiego ekstremistę z Egiptu. W reakcji na to wydarzenie syn Kahane – Beniamin (zabity 10 lat później przez Palestyńczyków) – stworzył nową organizację pod nazwą Kahane Chai (hebr. Kahane żyje), która ściśle współpracowała z partią Kach. Ich przewodnią myślą było odtworzenie „biblijnego wizerunku i stanu Izraela”, a na swoim koncie miały liczne zamachy, napady i podżegania do rasowych zamieszek.
W 1994 roku w Herbronie członek partii Kach, osadnik dr Baruch Goldstein, zastrzelił z pistoletu maszynowego 29 Palestyńczyków, modlących się w Grocie Patriarchów (gdzie pochowani są biblijni prorocy: Abraham, Izaak i Jakub z żonami). Za poparcie tego czynu szaleńca obie partie zostały zdelegalizowane. Sam Goldstein, który również zginął w tym zamachu, został pochowany w zamieszkałej przez zwolenników skrajnej prawicy żydowskiej, podhebrońskiej osadzie Kiriat Arba. Jego grób, podobnie jak rabiego Kahane, stał się miejscem licznych pielgrzymek ich zwolenników.
Ruch Kach pozostawał negatywnym ulubieńcem islamskich mediów już wcześniej – dzięki programowi przymusowej deportacji wszystkich Arabów z Izraela. Kahane w swoich licznych, skrajnie rasistowskich wystąpieniach atakował Arabów niezwykle agresywnie. „Zróbcie mnie ministrem obrony na dwa miesiące, a nie zobaczycie w Izraelu ani jednego karalucha! – mawiał do swoich zwolenników – Obiecuję wam czysty Erec Jisrael! Dajcie mi władzę, abym się z nimi rozprawił!”.
Zadziwiające, ale jego wypowiedzi – wypowiedzi członka narodu najbardziej dotkniętego i doświadczonego nazistowskimi prześladowaniami w czasach III Rzeszy – dziwnie korespondowały z programem sprawców Holokaustu, krzewicielami nazistowskiej doktryny „rozszerzenia niemieckiej przestrzeni życiowej na wschód” oraz stworzenia w Europie jednorodnego etnicznie państwa niemieckiego. Z programem, który już w październiku 1939 roku zaczęto wprowadzać w czyn, anektując do Rzeszy tereny zamieszkałe przez etnicznych Niemców (Austria, Sudety, Pomorze Gdańskie, Śląsk i Wielkopolska). W drugim etapie Hitler planował usunąć z tego obszaru – w okresie następnych dziesięciu, dwudziestu lat – całą ludność niearyjskiego pochodzenia (a przede wszystkim Żydów). Jednocześnie, do tak utworzonej „Wielkiej Rzeszy” sprowadzono z terenów całej Europy prawie 10 milionów ludzi, przyznających się pochodzeniowo do wspólnoty z narodem niemieckim.
Antycudzoziemskie akcenty i rasistowskie poglądy rabiego Kahane, nawet jako czyste slogany polityczne, były dogłębnie radykalne i wyjątkowe w całej diasporze żydowskiej. Kwintesencją tej postawy stał się opublikowany w 1981 roku manifest, przedstawiający „plan ratunku dla państwa Izrael”, a zatytułowany „They must go” („Oni muszą odejść”). W dość obszernym memorandum Kahane przestrzegał władze i obywateli przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą obecność mniejszości narodowych; głównie Palestyńczyków. Jako koronny przykład potencjalnego ryzyka działań „rozsadzających państwo od środka”, przedstawił istniejącą w Europie, przedwrześniową sytuację II Rzeczypospolitej i... działania Deutsche Vereinigung oraz Gero von Gersdorffa w szczególności.
„[...] Hitler używał terminu „naród niemiecki” do realizacji swojego snu o „1000-letniej Rzeszy Niemieckiej”. Polsko-niemiecki pakt o nieagresji z 1934 roku nie spowodował żadnej istotnej zmiany w tym nastawieniu. Wręcz przeciwnie. Agenci niemieckiego rządu w Poznaniu, na Pomorzu czy Śląsku oferowali tajne kredyty na bardzo sprzyjających warunkach dla niemieckich rolników, kupców i rzemieślników w zamian za obietnicę, że ci ostatni będą działać w kierunku powtórnej aneksji tych ziem przez Niemcy. W 1936 roku doszło do takiej sytuacji, że polski rząd zmuszony był zamknąć trzydzieści oddziałów organizacji Deutsche Vereinigung. W następnym roku wywrotowa działalność tej organizacji w Polsce stała się tak oczywista, że jej kierownik biura, Gero von Gersdorff, został aresztowany.”
Zadziwiający jest pewien splot okoliczności. Przebywający w 1942 roku w Palestynie mistrz i klasyk polskiego reportażu Malchior Wańkowicz obserwował narastanie antybrytyjskich nastrojów wśród żydowskiej ludności, przeradzających się bardzo szybko w działania stricte terrorystyczne. Przeprowadził wówczas dwie rozmowy. Pierwszą był wywiad z głównym animatorem tych poczynań, liderem syjonistycznej organizacji Lehi, ściganym listem gończym przez mandatowe władze brytyjskie – Abrahamem Sternem, alias Yair'em (zresztą synem suwalskiego dentysty, urodzonym w 1907 roku na ziemiach polskich – „Anoda-katoda” tom II „Międzyepoka”, 1988). Jednocześnie ponownie przygotowywał do druku książkę o wydarzeniach września 1939 roku w Polsce. Był to materiał, na publikację którego Wańkowicz, uchodzący w oczach rządu generała Sikorskiego za piłsudczyka, nie mógł uzyskać zgody ani w Bukareszcie (1939-40), ani we Francji (1949-41), ani na Cyprze (1942). Książkę zatytułowaną „Wrześniowym szlakiem”, opublikował – pod pseudonimem Jerzy Łużyc –w wydawnictwie Biblioteka Orła Białego dopiero w 1944 roku, właśnie w Palestynie.
Nazwisko Wańkowicza nie pojawia się tutaj przypadkowo. Istnieje ścisły związek pisarza z osobą Brunatnego Barona z Parska. W 1935 roku Wańkowicz podróżował zmłodszą córką Martą po ówczesnych Prusach Wschodnich. Owocem tej kajakowej eskapady było wydanie w roku następnym „Na tropach Smętka”, książki popularnej w przedwojennej Polsce. Dość powiedzieć, że tylko do 1939 roku doczekała się ona aż dziewięciu wydań. Ta popularność znalazła równie szybko swoje drugie odbicie w hitlerowskich Niemczech, gdzie Wańkowicz stał się wrogiem publicznym, a jego książki oficjalnie zakazane. „Smętka” przetłumaczono po cichu na język niemiecki i w niewielkim nakładzie rozpowszechniono w postaci tajnego okólnika wśród najściślejszego aktywu NSDAP-owskiego, jako przykład dobrej roboty reporterskiej i swoiście rozumianego, polskiego „zagrożenia”. Książkę i pisarza uznano za niebezpiecznych na tyle, iż tamtejsze Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaplanowało nawet podobną, „antysmętkową” wyprawę do Polski. Delegowano do tego celu znanego niemieckiego pisarza i reportażystę Heinricha Hausera (1901-55) – uczestnika słynnego rejsu żaglowcem „Pamir” z portu Hamburg do Talcahuano w Peru w początkach 1930 roku i laureata nagrody Gerharda Hauptmanna (noblisty) – któremu zlecono przygotowanie kontrreportażu o rzekomej niedoli mniejszości niemieckiej w Polsce (Ziółkowska-Boehm A., „Na tropach Wańkowicza”, 1999). Oczywiście, naturalnymi partnerami w tym dziele miały być niemieckie organizacje mniejszościowe z Jungdeutsche Partei i Deutsche Vereinigung na czele, a więc w pierwszym rzędzie kierownik biura w centrali DtV w Bydgoszczy, Gero von Gersdorff z Parska. Plany te spaliły na panewce, a Hauser zamiast wyprawy do Polski wybrał w 1939 roku emigrację do US A i do Niemiec powrócił dopiero po zakończeniu II wojny światowej. Wańkowicz musiał mieć świadomość roli, jaką von Gersdorff odegrał w całej tej historii, gdyż konsekwentnie wskazywał w swojej twórczości na jego antypolską, wywrotową działalność i udział w przygotowaniach do inwazji hitlerowskiej na Polskę we wrześniu 1939 roku („Wrześniowym szlakiem”, 1944; „Wrzesień żagwiący”, 1947; „Westerplatte”, 1959; „Dwie prawdy”, 1974).
Prawie 40 lat po wydaniu pierwszej z tych książek w Palestynie, w tym samym miejscu, w ultraskrajnym, rasistowskim memorandum rabiego Meira Kahane, wątek ten pojawia się ponownie.

Grzegorz Nowak

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       projekt i wykonanie: primel.pl