rodo

Z zaciekawieniem przeczytałem artykuł Andrzeja Webera pt. „Dwór w Koszanowie” publikowany w dwóch ostatnich numerach „Witryny Śmigielskiej”. Część druga jest zarysowanym szkicem biograficznym właścicieli koszanowskiego dworu – rodziny Hoffmannswaldau.Lektura tekstu p. A.Webera zmobilizowała mnie do odszukania materiałów na ten temat – m.in. wywiadu przeprowadzonego w letniej działkowej scenerii z p. Wiktorią Langner, która w majątku pracowała od 14 roku życia, posiada więc bogate informacje.

Na ich podstawie oraz informacji uzyskanych od p. Marii Krawczyk, której ojciec był dworskim ogrodnikiem a także dokumentów archiwalnych pozwalam sobie Szanownym Czytelnikom „Witryny Śmigielskiej”, bliżej przedstawić TRZY POKOLENIA SZLACHECKIEJ RODZINY von HOFFMANNSWALDÓW, właścicieli majątku Koszanowo. Aby obraz był w miarę jasny, pomijam linie boczne (brat, siostra, szwagier) i koligacje (np. w Śmiglu mieszkał rolnik Günther Hoffman von Hoffmannswaldau. Pierwsze pokolenie reprezentuje porucznik i naczelnik poczty Aleksander von Hoffmannswaldau. Mieszkał w Polnische pow. Wartenberg gdzie też umarł. Był żonaty z Anną von … (niestety nazwisko nieczytelne), która przed śmiercią mieszkała w Koszanowie.

Ich synem był Karl Hoffmannswaldau, który urodził się w 1850 roku (brak dat przy nazwiskach jest wynikiem braku dokumentów) też w Polnische.

W 1912 roku od Komisji Osadniczej nabył, przedtem go dzierżawiąc, majątek Koszanowo. Dodajmy od razu, że stanowił on dobra rycerskie, co jego właścicielowi dawało odpowiednią pozycję społeczną. Od kiedy dzierżawił Koszanowo, chyba nie da się ustalić. Przybył do niego wraz z matką Anną, która zmarła przez 1923 rokiem. Karol ożenił się z Minną von Kappel (w aktach też Kappell). Z tego związku zrodziło się kilkoro dzieci, m.in. Fritz – późniejszy właściciel majątku.

Warto nadmienić, że majątek, zarówno w czasach dzierżawy, jak i po wykupieniu, się rozrastał (zob. Joanna Goszczyńska „Majątki wielkopolskie”, tom V powiat kościański, s. 260 – 261).Karol Hoffmannswaldau zmarł 24.01.1923 r. O zgonie ojca urząd powiadomił „gospodarz i były rotmistrz” syn Fritz, który zeznał, że zmarł „Ojciec jego, posiedziciel dóbr rycerskich”.

W „Orędowniku Śmigielskim” z 24.01.1923 r. ukazał się nekrolog, który zawierał informację:
„Był współzałożycielem spółki „Mleczarnia w Śmiglu” i od początku jej istnienia (1884) był członkiem jej Rady Nadzorczej.”

Fritz Hoffmannswaldau urodził się 04.06.1882 r. w Koszanowie. Związek małżeński zawarł z Marią Luizą von Tempelhoff przed 1921 r. (w grudniu tegoż roku zgłosił zgon zrodzonej z tego małżeństwa córki bezimiennej, która żyła pół godziny – drugą ich córką i jedyną żyjącą była Jutta).

Własność majątku przejął od matki Minny po 1937 r. Wiązało się to ze zmianą miejsca zamieszkania. Matka, która rezydowała w dworze, przeniosła się do „małego domku” (WŁ. Reymonta 7) a Fritz, który wraz z rodziną mieszkał „na burgu” (Północna 7) zajął dworek. Jego matka żyła jeszcze w listopadzie 1939 roku. Nie mam informacji, jak zachowywał się Friitz Hoffmannswaldau w stosunku do Polaków przed wybuchem wojny, ale fakt, że 1.09.1939 r. został internowany, mówi sam za siebie.

Z internowania nie powrócił.

Kolumny internowanych Niemców usiłowano drogami zablokowanymi przez ludność cywilną i tabory wojskowe przeprowadzić przez Środę, Pyzdry, Konin do Berezy Kartuskiej. Ogólna sytuacja na froncie, „szpiegomania” wywołana działaniami V Kolumny, wzburzone nastroje miały wpływ na traktowanie konwojowanych. Nie da się wykluczyć, że wzdłuż trasy przemarszu dopuszczono się pojedynczych zbrodni. Zwłoki właściciela majątku Boguszyn Otto Frotera znaleziono w rowie pod Kościanem zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich.

W zasadzie jednak internowani Niemcy padali ofiarą nalotów Luftwaffe. Jedyna kobieta z rejonu Śmigla, którą naziści podają jako „ofiarę polskich zbrodni”, 46 – letnia Emma Luise Redal – żona kowala z Bronikowa, zginęła 5 września 1939 r. w Strzałkowie k. Wrześni. Akt zgonu wystawiono w oparciu o zeznanie świadka, Niemki Ryth Rissmann ze Śmigla, która stwierdziła, że Emma Redel „zginęła od bomby lotniczej rzuconej na pociąg”.

Internowany Gerard Sturmer – młynarz ze Śmigla wspomina: „Niebezpieczeństwo lotniczych bomb niemieckich długo nad nami wisiało. Byliśmy na drodze z Turku do Łowicza i dostaliśmy się między pierwszą a drugą linię. Szosa pełna była uciekinierów. Między tym jeszcze wozy z amunicją, jednostki artylerii, oddziały wojskowe. Wszystko było dla niemieckich lotników zachęcającym celem. Konwojenci szukali schronienia, a my co mieliśmy zrobić? Było nam przykro ginąć od bomb lotników niemieckich” (Jerzy Zielonka „Cmentarz pod wiatrakami” (w) Panorama Leszczyńska nr 12 z 21.03.1996 r. str. 22) 14 listopada 1939 r. przed urzędnikiem stanu cywilnego w Śmiglu stawiła się jego żona Maria Luisa Hoffmannswaldau i zeznała, ze jej mąż Fritz von Hoffmannswaldau „zmarł w wieku 57 lat, na drodze deportacji w pobliżu Turku, na początku września, zamordowany przez Polaków w roku 1939”.

Na podstawie zarządzenia Sądu Rejonowego w Lesznie – decyzja z dnia 9.1.1941 roku – ten akt zgonu sporządzony bez odnalezienia zwłok, został skreślony, „ponieważ Fritz von Hoffmannswaldau wprawdzie mieszkał w Koszanowie powiat Kościan, ale zwłoki zostały znalezione w pobliżu Turku”.

(i tam prawdopodobnie sporządzono akt zgonu).

Jak już wcześniej pisałem, (Witryna Śmigielska nr 2 z 1996 r. „Czy ktoś jeszcze pamięta?”, zob. też WŚ nr 6 z 1992 r. „Wspomnienie sprzed 50 lat”) manifestacyjny pogrzeb Niemców, którzy nie wrócili z internowania, odbył się 16 i 17 grudnia 1939 r. Na rynku w Śmiglu ułożono 77 trumien ze zwłokami Niemców: z Leszna 4, Kościana 13, Kotusza 17, Wojnowic 2, Robaczyna 8, Śmigla, Nietążkowa, Boguszyna, Wonieścia i Bronikowa (łącznie) 34. Suma tych liczb wynosi 76, ale o tym niżej. Nie będę relacjonował przebiegu tej szowinistycznej, antypolskiej, z żałobą nic nie mającej wspólnego uroczystości. Podkreślę tylko, że za zaginionych we wrześniu 1939 r. Niemców, satysfakcją było rozstrzelanie na rynku w Śmiglu 15 Polaków. (zob. H. Zbierski „Sylwetki Polaków rozstrzelanych w 1939 r. na Starym Rynku w Śmiglu”, s.26 i dalsze).

Trumny rozwieziono do miejscowości, z których zaginieni pochodzili. W Śmiglu pogrzeb odbył się w niedzielę, 17 grudnia, po południu. Do specjalnej kwatery na cmentarzu ewangelickim złożono 50 trumien. (W listopadzie 1997 r. z tej kwatery ekshumowano – według protokółu – szczątki 44 osób).

Czy we wszystkich trumnach były rozpoznane przez rodziny ciała? Niektórzy mieli wątpliwości. Czy wśród nich było ciało Fritza von Hoffmannswaldau. Prawdopodobnie.

Prawdopodobnie?! W. Langner: „Ritmajstra (Fritza – H.Z.) daleko nie wywieźli, prawdopodobnie zabili go między Czaczem a Kościanem. Wieźli go bryczką, żegnał się z ludźmi zdejmując kapelusz, niektórzy płakali. Przed bramą (wjazdową na teren dworu, pomiędzy domem cmentarnego grabarza a kuźnią – H.Z.) leśniczemu wydał ostatnie polecenia. Był zajadłym Niemcem, ale w stosunku do swoich pracowników bardzo w porządku”. Leon Handle kiedyś wspominał mi, że w jego domu (ojciec w czasie wojny pracował we dworze) mówiono, że właściciel majątku został rozstrzelany koło Nowej Wsi. Czyżby w lasku, w którym jesienią 2000 lub 2001 r., będąc na grzybach, Stefan Klupsz i Zenon Olejnik natknęli się na wpół zarośniętą trawą płytę nagrobną poświęconą pamięci „będącego poza służbą (emerytowanego) królewskiego pruskiego rotmistrza Fritza von Hoffmannswaldau? W kamieniu wyryto dwie bardzo znaczące sentencje: Er starb fur Deutschland – zginął za Niemcy oraz: Die Trele stert zuerst zuletzt – wierność na końcu jest pierwszą. Tę drugą można zinterpretować: najważniejszym jest, by do końca być wiernym idei i tę wierność należy stawiać na pierwszym miejscu. Dla niego ideą były Niemcy. Znalezienie płyty jest nieoczekiwanym odkryciem, które może sugerować (potwierdzić?), że zwłok Fritza nie było w trumnie złożonej do grobu 17 grudnia 1939 roku!

Wróćmy jeszcze do owego pogrzebu.

Organ nacjonalistycznej niemieckiej partii pracy „Ostdeutscher Beobachter” (Wschodnioniemiecki Obserwator) w numerze z 18 grudnia 1939 r. opublikował artykuł: „77 trumien na rynku w Śmiglu. Zamordowani folksdojcze – mężczyźni i kobiety – pochowani z żołnierskimi honorami”. W nim publikuje 76 (!) nazwisk, wśród których nie ma Fritza von Hoffmannswaldau z Koszanowa !!!.

Listę „zamordowanych podczas internowanego marszu” opublikował również „Schmiegeler Haitmatbrief”, w której Fritz figuruje, ale nie ma na niej niektórych nazwisk z listy „Ostdeutscher Beobachter”.

Jeżeli Fritz Hoffmannswaldau spoczywa pod płytą, to należy odpowiedzieć na pytania: Skąd sprowadzono ciało? Dlaczego rodzina wolała mieć oddzielny, w ustronnym miejscu grób, a nie we wspólnej mogile na ewangelickim cmentarzu? Kto i kiedy wykonał nagrobek i kiedy go tam postawiono?

Jeżeli zwłok tam nie ma, też rodzą się pytania: Gdzie ten nagrobek stał pierwotnie? Kiedy, kto i dlaczego właśnie w to miejsce go przywiózł? A może dla rodziny był to symboliczny grób?

Wątpię, czy kiedykolwiek uzyskamy odpowiedzi. Prawdopodobnie zabrał je ze sobą do grobu leśniczy majątku. Wszak nagrobek leży w lesie, którego właścicielem był Fritz von Hoffmannswaldau.

Po śmierci męża majątkiem zarządzała żona Maria Luiza, która przed lipcem 1944 r. wyszła za mąż za majora rezerwy Ernesta Fenglera, zarządcę majątku.

Ernest Fengler był rozwiedziony. Jego pierwszą żoną była siostra Marii Luizy – Stefania. Z tego związku urodziła się córka Renata (?). Początkowo mieszkali w Głogowie, później w Czaczu (?), a po rozwodzie Ernest przybył do Koszanowa. Trudno ustalić, gdzie przebywała Stefania, ale często przyjeżdżała do Koszanowa, by odwiedzić siostrę Marię Luizę, która zmarła w latach 1943-44.

Pod koniec wojny wraz z żoną i jej córką z pierwszego małżeństwa Juttą, Fengler zamierzał wyjechać do Niemiec, ale pracownicy dworu gwarantowali mu ochronę i z tego zamiaru zrezygnował.

W miarę zbliżania się Armii Czerwonej do Śmigla, wraz z niemieckimi uchodźcami miasto opuściły też władze miejskie. W związku z tym 25 stycznia 1945 r. zawiązał się Komitet Obywatelski, którego celem było utrzymanie w mieście porządku. W jego skład powołano również Ernesta Fenglera, który stanął na czele powołanej Straży Ludowej i wezwał ludność do składania broni. (zob. „Witryna Śmigielska” nr 2 z 1992 r.) (Jak słyszałem, jego zasługą było to, że pozostali jeszcze w mieście niemieccy żołnierze, którzy nie zdążyli wywieść materiałów wojskowych z magazynów – były to budynki szkoły przy A. Mickiewicza, kościół parafialny, strzelnica – oblali je benzyną, by podpalić, nie uczynili tego).

Dalsze jego losy są mi nieznane. Podobno w lutym 1945 r. został rozstrzelany, a jego zwłoki złożono w zbiorowej mogile w przeciwpancernym rowie w pobliżu Robaczyna. Że taka mogiła tam była, były dowody i zeznania świadków. (zob. „Witryna Śmigielska nr 7 z 1991 r., s.3 „Śladami zapomnianej mogiły”).

Major Fengler dla pracowników był dobry, ludzki. W tych niezwykle ciężkich, wojennych czasach, wielu pomagał, a jak było trzeba – bronił. „Panie, gdybym wiedziała, gdzie leży, chodziłabym na jego grobie zapalić świeczkę” – oświadczyła W. Langner.

Po zajęciu dworku przez Rosjan, Maria Luiza wraz z córką Juttą zamieszkały najpierw na poddaszu w szczycie budynku, w którym mieszkał ogrodnik, a później w budynku spichrza. pod koniec 1945 r., uprzednio zmuszane do fizycznej pracy i upokarzane, wyjechały do Niemiec.

Hubert Zbierski

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       projekt i wykonanie: primel.pl