Ów 1939 rok coraz bardziej się oddala. Dlatego przypominamy – Redakcja

MOJE PRZEŻYCIA

Przesław Cieśla

(...) W pamiętny sobotni wieczór dnia 30 września 1939 roku o godzinie 19.25 przy świetle reflektorów samochodowych na Rynku pod murem śmigielskiej apteki Niemcy zamordowali ośmiu Polaków, wśród nich również mojego ojca. Ojciec mój był drogomistrzem. W dniu 30 września pojechał rowerem do miasta powiatowego Kościana po pieniądze na wypłatę dla zatrudnionych na szosie robotników. Wrócił około godziny 17. Mama zauważyła, że ojciec pozostawił rower na podwórzu i wrócił z powrotem na ulicę. Wybiegła za ojcem i zapytała, dokąd idzie. – „Zaraz wrócę. Woła mnie żandarm, który akurat tu przechodził z Niemcem w cywilu”. Mama wyjrzała jeszcze na ulicę i w oddali zobaczyła idące ulicą do Rynku trzy postacie, w tym mojego ojca i niemieckiego żandarma. Nikt z nas nie przypuszczał, że ojciec nigdy do domu już nie wróci. zaledwie dwie godziny później rozległa się w mieście salwa karabinowa. (...)
Terror władz okupacyjnych ani na chwilę nie ustawał. Zaczęły się wywózki Polaków na roboty do Niemiec. Wydano też rozkaz, że Polacy muszą się kłaniać wszystkim Niemcom.
Po południu w sobotę dnia 8 grudnia 1939 roku pojechałem z sąsiadem za miasto po słomę. Wkrótce przybiegła córka drugiego sąsiada, która powiedziała mi, że mam natychmiast wracać do domu. Ogarnęło mnie przerażenie. W domu zauważyłem płaczące mamę i babcię, które zdenerwowane pokazały mi, że w domu byli Niemcy i powiedzieli, że za 15 minut musimy opuścić nasze mieszkanie. W tym momencie zauważyłem Niemca w cywilu, który stał na podwórzu. Podjechał wóz zaprzężony w dwa konie. Cała nasza rodzina – babcia licząca 67 lat, mama 47, brat 18 lat, siostra 14 lat i ja, najmłodszy, lat 12 – miała jechać w nieznane. na wozie siedziała już zapłakana sąsiadka z córką. Konie ruszyły w kierunku miasta. Furmanka zatrzymała się przed siedziba żandarmerii. Moja mamę wezwano do biura, my zaś siedzieliśmy na wozie. Na Rynek przed budynek żandarmerii zajeżdżały w tym czasie dalsze wozy. Widziałem zapłakane kobiety z dziećmi, starców i ludzi młodych.
W pierwszym rzucie wysiedlono wdowy z dziećmi, których mężowie zostali publicznie rozstrzelani na rynku w Śmiglu bądź też zginęli w innych okolicznościach z rąk hitlerowskich oprawców. (...) Przewieziono nas z kolei do Nadleśnictwa. Noc spędziliśmy na podłodze. Sytuacja przedstawiała się tragicznie, gdyż nie było już ojca, który w każdej sytuacji coś by zaradził. Pozostała nam tylko matka z babcią, która sama potrzebowała opieki.
Następnego dnia do Nadleśnictwa zajechały gospodarskie wozy konne, na które załadowano bagaże i ludzi. Ruszyliśmy drogą z Żegrowa przez Śmigiel, Czacz, Ponin do Kościana. Śnieg padał coraz większymi płatami. W czasie podróży marzły nam ręce, uszy i nogi. Trasę 15 km do Kościana przebywaliśmy blisko 2 godziny. W czasie naszego przejazdu przez rodzinne miasto Śmigiel krewni i znajomi mimo zakazu podawali nam na wozy ciepłe mleko, herbatę, rękawiczki, szale, skarpetki i inne drobne przedmioty.
Na dworcu kolejowym w Kościanie stał już specjalnie przygotowany pociąg. Na odjazd czekaliśmy do późnej nocy. Bezustannie z różnych miejscowości powiatu kościańskiego przywożono dalsze rodziny wysiedlonych. Około północy pociąg ruszył w kierunku Leszna. Wciąż jednak nie było wiadomo, dokąd jedziemy – czy na roboty do Niemiec, czy też do obozu koncentracyjnego. Następnego dnia po południu znaleźliśmy się na stacji w Kaliszu (...) W dalszym ciągu nie znaliśmy naszego losu. W nocy pociąg dotarł do Warszawy. (...) Wreszcie po dwóch dniach i nocach podróży pociąg zatrzymał się na niewielkiej stacji kolejowej Kosów Lacki. Jak się później okazało – był to cel naszej podróży. Rozległy się słowa: „Wychodzić z pociągu”!
Tu, na wchodzie, zima była w pełni. Silny mróz i śnieg jeszcze bardziej utrudniały drogę tułaczki w nieznane. Nie wiadomo, co dalej robić. Po chwili wszyscy wysiedleni ruszyli w zwartej grupie do wsi. Starsi i obciążeni bagażami zaczęli pozostawać w tyle. Tak było i z nami. Babcia szła powoli, brat również, niosąc na plecach bagaż w worku. Babcię trzeba było prowadzić pod rękę. (...)
Nas kierowano do odległej o 5 km wsi Łomna. po przyjeździe na nowe miejsce stwierdziliśmy, że juz wiele rodzin zjechało właśnie tu, bo Łomna miała opinię wsi bardzo zamożnej i gospodarnej. Okazało się jednak, że nie starczyło miejsca dla wszystkich. Po długim oczekiwaniu zdecydowano umieścić nas u starszej osoby samotnej w jednej izbie. Przyniesiono słomę, którą rozłożono na podłodze. Byliśmy zadowoleni, że mamy dach nad głową, bo nie sposób było wyczekiwać dłużej na mrozie. Sołtys z rolnikami zdecydowali na wspólnej naradzie, że każda rodzina zabierze do swojego domu jedną osobę, zapewniając jej wyżywienie i nocleg. Siostrę, brata ni mnie chętnie zabrali, natomiast babcię pomijano z uwagi na jej podeszłe lata. W związku z tym sprawa podziału naszej rodziny pomiędzy miejscowych rolników nie doszła do skutku. Nadal pozostawaliśmy razem we wspomnianej izbie jeszcze kilka dni.
Po tygodniowym pobycie opuściliśmy Łomnę i udaliśmy się do sąsiedniej wsi Telaki, oddalonej o 2 km. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że kwatery nie były jeszcze przygotowane. Sołtys robił wszystko, żeby nas gdzieś ulokować. Gospodarze widząc zbliżający się zimowy zmrok, zmarznięte i płaczące z zimna dzieci przyjmowali wysiedleńców do własnych domów. Nas przygarnął do swojego mieszkania starszy mieszkaniec obarczony liczną rodzina. Zjedliśmy kolację. Nasz gospodarz przyniósł słomy do izby i tak przespaliśmy u niego pięć nocy. Następnie przekwaterowano nas i znajomych do wspólnej wolnej izby. Zbito nam dwie prycze z desek. Po stronie prawej, gdzie rozlokowała się rodzina liczące siedem osób – większą, a po stronie lewej, pod oknem, gdzie spało nas czworo – mniejszą. Dla babci ustawiono oddzielne żelazne łóżko. Dom, w którym zamieszkaliśmy, był drewniany, pokryty słomą. W izbie stał duży piec z kominkiem i piec do pieczenia chleba. Podłoga była z gliny, a ściany z belek drewnianych. Przy dużych mrozach siedzieliśmy w łóżkach. Paliliśmy chwastem i kawałkami mokrej brzozy. Nawet dużym piecem nie szło dogrzać mieszkania. Pożyczyliśmy więc od sąsiadów żelazny piecyk z dość długimi rurami, które miały zapewnić jako takie ciepło. Otrzymaliśmy też trochę ziemniaków i garnek kwaszonej kapusty. Dwa talerze i łyżki pożyczyliśmy od sąsiadki. Spożywanie przyrządzanego posiłku odbywało się „na raty”. Najpierw jedli najmłodsi, następnie starsi. Często zdarzało się, że dla osób, które miały jeść ostatnie, zupy zabrakło. Garnek był za mały dla 12 osób. Później postanowiono gotować obiady oddzielnie dla każdej rodziny. Gotowano przeważnie zupę z kaszy, z kapustą albo zupę buraczkową. Chleba nie było. [Tymi znajomymi była rodzina Czyżewskiech (H.Z.)] (...)
Życie było bardzo ciężkie,. Rano mama wysyłała nas do gospodarzy po kapustę, buraczki, mleko. O posmarowanym masłem czy smalcem chlebie nie było mowy. Po niedługim jednak czasie zaczęły przychodzić od krewnych skromne paczki żywnościowe. zawierały one trochę wędzonej słoniny, boczku i smalcu, używaną odzież. Często chodziliśmy 5 km na pocztę z pytaniem, czy nie nadeszła dla nas paczka bądź list. (...)
Chociaż żyliśmy w niedostatku, to jednak wśród Polaków. To podtrzymywało nas na duchu. Wydawało się, że tu będzie spokojniej. Jednak już wiosną 1940 roku władze okupacyjne i tu wprowadziły swoje metody terroru. Mój starszy brat, liczący lat 19, otrzymał z niemieckiego pośrednictwa pracy pismo kierujące go na roboty do Niemiec. W rodzinie było wielkie poruszenie, bo Niemcy wyrządzili nam już tyle krzywdy moralnej i materialnej, a teraz chcą jeszcze jednego z nas zabrać na przymusowe roboty. Moja mama postawiła wtedy wszystko na jedną kartę. Na odwrocie pisma otrzymanego z Arbeitsamtu napisała następujące słowa: „Zostaliśmy z Rzeszy wysiedleni i nie mamy tam prawa wracać. Zwracam to pismo i oświadczam, ze mój syn Tadeusz na roboty do Niemiec nie pojedzie”. Po odesłaniu wezwania byliśmy niespokojni, gdyż spodziewaliśmy się, ze mogą nas spotkać dalsze represje” (...)
Wiosną 1940 roku wszyscy wysiedleni zamieszkujący tę miejscowość pomogli kierownikowi miejscowej szkoły zorganizować naukę. Byliśmy pierwszymi uczniami. Brakowało jednak książek. Była to szkoła sześcioklasowa. Aby uzyskać świadectwo ukończenia szkoły siedmioklasowej chodziłem do szkoły oddalonej od naszej wioski o 5 km. Na początku 1940 roku utworzono komitet opiekuńczy dla wysiedlonych, którym przydzielono odzież, obuwie i żywność z Czerwonego Krzyża. (...)
Jesienią 1941 roku całą okolicę i naszą wioskę nawiedziła epidemia tyfusu plamistego. Choroba rozprzestrzeniała się bardzo szybko. Umarło wiele ludzi, często w jednym dniu było kilka pogrzebów. (...)
Jesienią 1942 roku zmieniliśmy mieszkanie. Nasz nowy kąt był cieplejszy i przytulniejszy. Siostra z mamą robiły swetry. Ja pomagałem w pracach domowych, polowych i innych. Żyło nam się trochę lepiej. W tym samym roku zmarła nam babcia licząca już 70 lat. Stale tęskniła za rodzinnymi stronami, chciała za wszelką cenę wrócić do domu. Nie doczekała tego.
Życie na wygnaniu nigdy nie było spokojne, lecz pełne napięcia. Niemieccy żandarmi coraz częściej odwiedzali naszą wioskę. Mężczyźni i młodzież ratowali się wtedy ucieczką, gdyż trudno było przewidzieć w jakim celu przyjechali. Zimą 1943 roku rozpocząłem naukę w zawodzie fryzjerskim. Otrzymałem kartki żywnościowe, na które można było zakupić chleb, kaszę mąkę. Były to skąpe przydziały, ale bardzo nam potrzebne. do pracy w Kosowie Lackim chodziłem codziennie 5 km przez las. (...)
Pewnego wieczoru do wioski przyjechały uzbrojone oddziały żandarmów, którzy chodzili od domu do domu i zabierali wszystkich mężczyzn. Zapanował popłoch. Nie wiadomo było, gdzie się schować. W naszej izbie była mała piwnica na ziemniaki. Wchodziło się do niej po zdjęciu z podłogi dwóch desek. Brat, sąsiad i ja weszliśmy do tej niedużej kryjówki. Mama rozłożyła na deskach fartuchy i zaczęła obierać ziemniaki. Kiedy przyszli Niemcy, powiedziała im, że jest wdową i nie ma nikogo w domu. Nam udało się przetrwać do następnego dnia. Wielu mężczyzn i młodzieży zabrali i wywieźli do kopania rowów obronnych na terenie Prus Wschodnich, wrócili oni dopiero po zakończeniu wojny. (...)
Przetrwaliśmy szczęśliwie do końca walk, do momentu wyzwolenia nas przez wojska radzieckie. Było to 11 sierpnia 1944 roku. Po oswobodzeniu ziemi wielkopolskiej wróciliśmy w roku 1945 do swojego rodzinnego domu, gdzie do dnia dzisiejszego mieszkamy. (...)

To fragmenty [skrótów za zgodą Autora dokonał (H.Z.)] wspomnień drukowanych w publikacji WYSIEDLENIE I PONIEWIERKA 1939-1945. Wspomnienia Polaków wysiedlonych przez okupanta hitlerowskiego z ziem polskich „wcielonych” do Rzeszy. Wydawnictwo Poznańskie. Poznań 1974. Wspomnienie P. Cieśli na ss 81-90.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       projekt i wykonanie: primel.pl